piątek, 28 września 2012

Dość nietypowo...

Boli mnie dziś bardzo głowa, więc trochę poleguję, trochę podsypiam. Chciałam też trochę poczytać moje ulubione blogi, zajrzałam więc najpierw do Marii Czubaszek, a później na pokrewny blog Bronisława. Przeczytałam ten wpis "klik", uśmiałam się, sprawdziłam u źródła "klik" I mnie zatkało. Nie mogłam uwierzyć, ale się naocznie przekonałam. Efekt PR został faktycznie osiągnięty. Dość nietypowo... O bólu głowy na chwilę zapomniałam.

Uzupełniam.

Czytam dalej i na stronie www.garancedore.fr, która jest także poniekąd blogiem w linkowanym poście autorka pisze o tatuażach (to dla tych, co nie władają językiem francuskim). Otóż ponoć w Nowym Jorku ma go większość kobiet (zapewne chodzi o młode kobiety). A faceci, którzy go nie mają wzbudzają zdziwienie. I nie mają tam problemu typu "czy przyjmą mnie do pracy", "jak to będzie wyglądać na starość". I to jest ponoć wolność. A w Japonii (tu pewnie ma więcej do powiedzenia Brahdelt) nie można z tatuażem wejść na basen, na plażę i są zabronione w wielu miejscach publicznych. Osobiście nie lubię przesady w żadną stronę. Nie lubię też tatuaży ogólnie. Choć widziałam takie, które uznaję za ładne. Gdyby były na chwilę. Ale nie są. Mój syn ma tatuaż...

Może jeszcze coś dopiszę? Głowa boli mnie już mniej.

wtorek, 25 września 2012

Eeechhh... - wzdycham. Hmmm... - wyrażam wątpliwość. Wrrr - jestem wkurzona.
Dobrnęłam do końca "korpusowej" części Dahlii i jestem w zmiennym nastroju, na skraju rozpaczy i wściekłości. Mój wymarzony sweterek na tym etapie nie przypomina tego, czym miał być. Tego, co widziałam na tylu zdjęciach i co już widziałam w marzeniach na własnym grzbiecie. Tego, co miało wzbudzić uzasadnioną zazdrość niedziergających i dziergających koleżanek.
Brzegi się zwijają niemiłosiernie. Wiem, że po blokowaniu może się to zmienić, ale zaczynam przypuszczać, że źle dobrałam włóczkę do projektu. Może alpaka jest po prostu za mało lejąca? W oryginalnym przepisie na sweterek włóczka to baby alpaca 60% i 40% bawełna. No nie wiem.
Przymierzyłam bez rękawów, bez prania, blokowania i prasowania i nie po-do-ba mi się! Cycki mam za duże! Jestem za gruba! Nie układa się!
Nie wiem czy mam robić rękawy i próbować sztuczek, czy też pruć i zrobić jakiś zwyczajny kardigan, co tylko będzie zachwycał kolorem i włóczką, która kosztowała mnie kupę kasy, a po pruciu już nie będzie zapewne taka ładna. Cholera jasna, wrrr... hmmm...

czwartek, 20 września 2012

Tak już mam (po mamie), że robię zapasy "na zimę". Nie wiem właściwie dlaczego odczuwam od późnego lata taki imperatyw, ale tak jest i już. Biorąc pod uwagę, że moja rodzina choć teoretycznie się nie zmniejszyła ilościowo, to jednak jakby gotuję mniej, bo chłopaków ciągle nie ma, to nie wiem czy to ma sens. No ale ograniczając się zrobiłam jednak kilka słoików malin do herbaty - i tu warto zaznaczyć, że herbaty prawie nie piję. Zrobiłam też moje ukochane buraczki z papryką i tym się podzielę ze światem, bo są warte upowszechniania. Tym bardziej, że mimo iż dwie firmy robią takowe to jednak przeważają w nich buraczki, a cena jakby o tym nie świadczy. A robi się je banalnie prosto i nawet kompletna noga da sobie radę z pewnością.
No to się dzielę:


Potrzebujemy:
10 buraków - ugotować albo upiec, a następnie pokroić "na zapałkę" - ważne - nie ucierać, nie rozdrabniać w malakserze, tylko właśnie pokroić "na zapałkę". Próbowałam z lenistwa zrobić kiedyś inaczej i niestety odbiło się to na walorach smakowych.

6 cebul i 6 papryk - pokroić (osobno), posolić porządnie (ale bez przesady), zostawić na noc. Odsączyć, odcisnąć.

Z 1 szklanki cukru (250 ml), 1 szklanki oleju, 1/2 szklanki octu + 3-4 goździki (ja daję z 7, bo lubię), pieprz, listek laurowy (2-3), ziele angielskie (kilka ziaren) zagotować syrop.

Do gotującego się syropu wrzucić wszystkie jarzyny, chwilę razem pogotować mieszając. Gorące do słoików, można chwilę pasteryzować (ale niekoniecznie), odwrócić dupskiem do góry i cześć. Uwielbiam!

wtorek, 18 września 2012

Jak pisałam w poprzednim poście, robię wymarzony przeze mnie sweter Dalhia Cardigan. Zrobiłam już nawet sporo, bo jakby jest to aktualnie mój priorytet. Ale...
No właśnie. Dlaczego zawsze musi być jakieś "ale"? Dlaczego kiedy oglądam udziergi moich wirtualnych koleżanek, to są one zachwycające, pięknie wykończone, oczka układają się pięknie i równo itp. A jak ja robię, to zawsze widzę jakieś "ale" i chwilami tracę entuzjazm? Może nie umiem i trzeba sobie dać spokój? No ale jak to, dlaczego?

Pierwsze "ale" pojawiło się, kiedy skończyłam prawy przód. Całość kardiganu jest wykończona ryżem i właśnie ten ryż przyprawia mnie o nerwowe kołatanie serca. Bo się cholera jasna wywija!


Drugie "ale" pojawiło się, kiedy zaczęłam łączyć (czyli zszywać niestety) ten charakterystyczny motyw na plecach z górą i dołem pleców. Nie cierpię łączyć, zszywać itp. dzianiny. I pewnie dlatego, że tego nie cierpię, to mi to nie wychodzi, albo co? Marszczy się, choć niby równo i prosto. Korci, żeby przeprasować, ale tego nie zrobię, bo się boję. 


Kolor poprawiłam nieco, żeby był bliższy oryginału, bo na tym pierwszym zdjęciu ma się nijak do rzeczywistości. Teraz za to stół mam zielony :), a nie jest. No ale nie chodzi mi przecież o kolor swetra, ani stołu! Chodzi o to, że się wije. I nie wiem czy robić dalej - teraz muszę połączyć to i dalej robić razem - licząc na to, że po praniu i blokowaniu się ułoży, czy też zszywać od nową - co mnie nie pociąga nic a nic.

Swoją drogą to ten odkładany przeze mnie projekt, którego tak się bałam, okazał się w sumie nie taki trudny. Pomijając oczywiście te obawy, o których wyżej. Miał ktoś takie problemy? Znajdzie się ktoś, kto mnie pocieszy i otuchy doda?

Z tych nerwów robię dalej Cleopatrę, ale zdjęć nie robię na razie, bo wygląda jeszcze szmatławo.

Ale pokażę zdjęcie kwiatka! W marcu na dzień kobiet od synka dostałam, dawno przekwitł, aż tu nagle - zakwitł! Pierwszy raz w życiu storczyk zakwitł mi po raz drugi! Znaczy się szczerze dany :)


Kwitnie mi jeszcze jeden, dostałam w lipcu na imieniny od życzliwej mi najwyraźniej osoby.




środa, 12 września 2012

Trafiło mi się takie dodatkowe zlecenie polegające na objechaniu południa naszej pięknej ojczyzny i wykonania tzw. audytu w placówkach zajmujących się sprzedażą czegoś tam, dla jakiejś tam firmy. Ponieważ mam dość skomplikowaną sytuację życiowo-finansową zlecenia się podjęłam ochoczo, bo muszę kupić lodówkę i ten planowany zakup przyprawia mnie o zawroty głowy. Nie wiem, co sobie myślałam uważając, że wystarczy mi na wykonanie zadania 4, no a już maksymalnie 5 dni. Musiałam odwiedzić 95 placówek. Zaczęłam oczywiście od Wrocławia, ale byłam też w: Oławie, Brzegu, Nysie, Opolu, Raciborzu, Katowicach, Gliwicach, Bytomiu, Zabrzu, Czeladzi, Chorzowie, Tychach, Żorach, Tarnowskich Górach, Dąbrowie Górniczej, Rudzie Śląskiej, Rybniku, Sosnowcu, Chrzanowie, Krakowie, Myślenicach, Nowym Targu, Nowym Sączu, Jaśle, Krośnie, Przemyślu, Rzeszowie, Dębicy, Tarnowie, Bochni, Suchej Beskidzkiej, Żywcu, Jastrzębiu Zdroju, Częstochowie, Wałbrzychu, Szczawnie Zdroju, Bielawie, Świdnicy... Chyba niczego nie pominęłam. Zajęło mi to oczywiście więcej czasu niż zakładałam, przejechałam ponad 2000 km, ale się udało. Nie byłam sama, był ze mną Mężczyzna Z Którym Mieszkam (zwany dalej M). "Zwiedzanie" galerii handlowych nie jest moją pasją. Natomiast inni chyba to lubią, bo wszędzie było pełno ludzi. To dziwne w dobie (podobno) kryzysu.

W międzyczasie musieliśmy oczywiście nocować i było z tym trochę śmiechu.  Ponieważ nie wiedziałam w jakiej miejscowości będziemy spać, niczego nie planowałam, bo zależało to od tego gdzie nas zastanie noc. Pierwszą noc spędziliśmy w Rudzie Śląskiej. Byłam zmęczona, zdenerwowana, a raczej wyprowadzona z równowagi Górnym Śląskiem, oznakowaniem miast oraz tym, że miasta tam przechodzą jedno w drugie w taki sposób, że po jednej stronie ulicy jest miasto A, a po drugiej miasto B. Więc oczywiście źle zaplanowałam to wszystko, bo zamiast wpisać w mapkę wszystkie punkty na Górnym Śląsku i jakoś logicznie ułożyć tę trasę, wydrukowałam sobie trasę miastami i punktami w tych miastach. W większości było po jednym punkcie w mniejszym mieście. Do tego roboty drogowe, pani z GPS, która cały czas w związku z tym obliczała trasę ponownie. Miałam dość. Po przybliżeniu mojego nastroju, wracam do noclegu. Otóż miało być tanio, bo to w końcu nie wakacje były. Jak tanio, to nie oczekuje się luksusów. Znaleźliśmy jakiś hostel w internecie, dokonaliśmy rezerwacji telefonicznie i pani z GPS zaprowadziła, dodam że okrężną drogą, bo były objazdy. Podjeżdżamy pod hostel - jednopiętrowy barak na terenie jakiejś bazy transportowo-budowlanej, teren oświetlony latarnią, na zewnętrznych schodkach kilku ogolonych półgołych facetów pijących piwo. Hmm... Miało być tanio, niekoniecznie luksusowo, ale... Spojrzeliśmy na siebie z lekką obawą i brakiem decyzji co do tego, czy już stąd idziemy, czy jeszcze nie. Zastukaliśmy do drzwi z napisem "Biuro" - na szczęście nikt nie otworzył. Ufff! Okazało się, że to nie ten hostel! "Nasz" był na tym samym terenie, również nastawiony na robotników budowlanych, ale w miarę przyzwoity i czysty. Daliśmy radę.
Ale przy okazji miałam takie przemyślenie, że gdybym była sama, to musiałabym spać w droższym miejscu, bo sama w życiu bym tam nie nocowała. I bądź tu dzielną kobietą! Takie tanie noclegi w miastach są zazwyczaj mocno szemrane. Podkreślam, że w miastach, bo na terenach turystycznych można znaleźć nocleg w agroturystyce za małe pieniądze i w sympatycznych przynajmniej warunkach. Czego również doświadczyliśmy w okolicach Nowego Sącza.
Widok na stajnię z efektownymi dekoracjami
Tamże spędziliśmy niedzielę, bo niestety okazało się, że musimy czekać do poniedziałku, bo w niedzielę punkt objęty audytem jest nieczynny. Pech. Ale za to przespacerowaliśmy się trasą (mocno pod górę), przygotowaną jako coś w rodzaju tajemnic różańca, a później drogi krzyżowej. Przygotował to jakiś ksiądz na pamiątkę którejś rocznicy swojego kapłaństwa i wszystko byłoby dobrze, gdyby na końcu nie umieścił swojej podobizny w kapliczce. Całość stała się dla mnie egzemplifikacją ludzkiej pychy. Ale poszczególne kapliczki były jedyne w swoim rodzaju.
Przykład kapliczki - zwracam uwagę na aniołki!
I jeszcze jedna
No i ta z portretem księdza...
Ksiądz uwiecznił się także na większej kapliczce
Na szczycie poza kapliczką były także spore ilości jeżyn - bardzo dawno ich nie jadłam w takich ilościach, mniam.

Przejeżdżaliśmy jak błyskawice przez Przemyśl, który mnie zachwycił. Z pewnością tam wrócę, bo zaskoczona byłam, jakie to piękne miasto. Podobał mi się także i również mnie zaskoczył, Tarnów. Nie byłam tam wcześniej i stwierdzam, że to urokliwe miasto.

Widok na Rynek (i piękny księżyc)
Za to Częstochowa pokazała mi chyba swoje najgorsze oblicze - mówię tu z punktu widzenia osoby, która nie przyjechała tam zwiedzać, a jedynie załatwić sprawę i wyjechać. Koszmar - korki niczym chyba nie uzasadnione, bałagan ogólny i jakaś taka prowincjonalność (w złym znaczeniu). Miasto wygląda jakby nie miało gospodarza. A turystów tam zdaje się trochę przyjeżdża i to z całego świata. Co na własne oczy widziałam, bo na koniec poszliśmy jeszcze zobaczyć Jasną Górę.

A po powrocie miałam oczywiście masę pracy, nadrabiania różnych zaległości i zdecydowanie brak czasu na cokolwiek.

Przemyślenia mam też takie, że jest jeszcze mnóstwo miejsc, w których nie byłam, a być warto. Przy kolejnym tego typu zleceniu postaram się mieć trochę więcej czasu na realizację, żebym mogła się zatrzymać i zobaczyć to, co mijam lub mam w pobliżu.

W sobotę tydzień temu byłam natomiast na comiesięcznym spotkaniu w e-dziewiarce. Ubrałam skończony Kelebek czyli Motylka, ale musi jak zwykle poczekać na zdjęcia. Zresztą mam więcej zdjęć do zrobienia tylko ciągle mi coś staje na przeszkodzie. Na spotkaniu poznałam nowe, sympatyczne osoby. Spotkałam równie sympatyczne znane mi wcześniej koleżanki. No i poza Filisilkiem na szal (pierwszy motek od przyjaciółki mi się skończył), nabyłam alpakę Dropsa na długo oczekiwaną przeze mnie Dalhię. I Dalhia rośnie, strasznie mnie ciekawi jaka będzie. To pierwszy projekt, jaki robię w miarę trzymając się czyjegoś wzoru.

Przypadkiem zmieniłam coś w ustawieniach bloga i teraz nie wiem, jak zrobić ramkę do zdjęć... Hmm, może mi ktoś pomóc?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Etykiety

alize flower alpaca alpaka Alta moda Alpaca Lana Grossa komin otulacz audiobook Ayatori bamboo fine bambus Batik bawełna bawełna anilux bawełna turkusowy beret Boo Knits Bransoletka Caprice bransoletki z koralików bransoletki z koralików Toho cascade yarns champagne chiagoo Chorwacja chusta na drutach chusta na szydełku Cleopatra Wrap color affection czapka czapka na drutach Czesław Miłosz delicious delight dodatki na drutach dodatki na szydełku donegal Dream team dreiklang drops druty e-dziewiarka Ella entrelac extra klasse fair island Feng Shui filigran Zitron Filisilk frędzle ginkgo granny square greina Hania Maciejewska himalaya kasmir islandzkie swetry lopi jedwab bourette jedwab traumseide jedwabny sweter Justyna Lorkowska Karkonosze kaszmir kelebek bawełna motylek Kid Silk kiddy's mohair ISPE kitchener Knit Pro kocyk dla dziecka kolczyki kolczyki rivoli Swarovski kolory Koniec świata kot książki lace Lace Lux Lana Grossa Lanesplitter skirt Lang Yarns len letni sweter na drutach loden Malabrigo Manos merino Merino 400 Lace Color merino sweter szary męski sweter mille colori baby mille colori big missoni mohair mural Muzyka narzęzia nauka Normandia Noro organico Out of Darkness Pan tu nie stał panda Pat Metheny patina Pięćdziesiąt twarzy Greya Piosenka o końcu świata podróże powidła Praga próbka przelicznik jednostek przepisy przędzenie rękawy Rios Riva rivoli rzędy skrócone seidenstrasse shadow wraps skarpetki na drutach soft bamboo Solare Mondial spotkania dziewiarek spódnica na drutach storczyki street chic surf Swarovski sweet dreams sweter na drutach sweter na drutach z mohairu Szal Citron szal estoński szal na drutach Szklarska Poręba Szklarska Poręba Karkonosze sznurek bawełniany sznury szydełkowo-koralikowe szydełko szydełko tunezyjskie Światowy Dzień Dziergania w Miejscach Publicznych techniki Toho triologie tutorial Twins Campolmi Vaa wakacje wełna Wenecja włóczka na szal wnętrza Wrocław wykończenia zagroda zamówienie zitron