Trochę już się zaczynam opanowywać i przyszedł w końcu czas, żebym powróciła do mojego normalnego życia. Od tak dawna nic nie pokazywałam, nie pisałam, że trudno mi teraz zacząć. Cały czas jednak moje ręce są zajęte, skończyłam kilka rzeczy, które zaczęłam wieki temu, ale zrobiłam też całkiem nowe, bo nie mogłam się oprzeć urodzie włóczek. Tych zresztą trochę w moich zbiorach przybyło... Nie potrafię się powstrzymać i zawsze się na coś skuszę.
Po szydełko sięgałam w ostatnich latach stosunkowo rzadko, choć kiedyś było moim ulubieńcem. Mam na swoim koncie nawet sporych rozmiarów obrus, aż dziwne, że się nim jeszcze nie pochwaliłam! Szydełko ma tę przewagę nad drutami, że można je praktycznie zawsze ze sobą zabrać. No może nie jeśli robimy firankę 200x140 cm.
Właśnie dlatego, że szydełko mogłam wziąć ze sobą zawsze, a w dodatku to, co robiłam nie wymagało specjalnie uwagi, zrobiłam chustę, o której od dawna marzyłam. Od dawna, tz. od kiedy zobaczyłam ją kiedyś u mojej mistrzyni, czyli Migdał. Okazało się zresztą, że to najprostszy z możliwych wzór, którym już kiedyś chustę robiłam, tyle że ze zdecydowanie grubszej włóczki. Poprzednią możecie zobaczyć tutaj KLIK. Tym razem wykorzystać chciałam różne zalegające mi resztki włóczki typu lace, ale chciałam, żeby było w popielach, więc jednak nie obeszło się bez zakupów :)
Zaczęłam ją robić właściwie wtedy, gdy mój Tato zaczął chorować i spędzałam sporo czasu w poczekalniach lekarskich, a później po prostu przy nim. Skończyłam właściwie w tym samym czasie, kiedy ta opieka już też się zakończyła. Chyba będzie to taka rzecz, z którą trudno mi się będzie rozstać. Uwielbiam ją, choć wiele rządków przypomina mi trudne chwile. Robiłam w tym czasie także sweterek z pięknego Sock Malabrigo, leży skończony, ale jakoś ciągle nie wykończony, bo przywołuje mi przykre chwile. Musi jeszcze poczekać. Pewnie to, co piszę wydać się może jakieś egzaltowane albo pompatyczne, ale tak to czuję, więc tak piszę.
Wszystkim dziękuję za skierowane do mnie słowa, zarówno tutaj, jak i w realu. Rozmawiałam z wieloma osobami i naprawdę rozmowy te były dla mnie dużym wsparciem. Dzieliliście się ze mną także swoimi doświadczeniami w takich sytuacjach i obraz, który mi się narysował niestety nie jest krzepiący. Mam tu na myśli tzw. domy opieki. Okazuje się, że moje przejścia wcale nie są odosobnione i jednocześnie brakuje kompletnie źródeł, z których można czerpać wiedzę na ten temat. Są tylko ogólniki, albo wylewanie żalu bez konkretów. Nie wiem, czy ludzie boją się poruszać ten temat, czy jest im on obojętny. Mnie te wszystkie przejścia w ostatnich miesiącach naprawdę bardzo dużo kosztowały nerwów i mam nadzieję, że przynajmniej to, co napisałam trafiło do kilku osób, którym w jakiś sposób naświetli problem. Dostałam od Was prywatne wiadomości, co potwierdza, że wpis był przydatny. Po ilości odsłon widzę także, że trafił nie tylko do stałych czytelników, zainteresowanych przede wszystkim moją pasją dziewiarską.
Po szydełko sięgałam w ostatnich latach stosunkowo rzadko, choć kiedyś było moim ulubieńcem. Mam na swoim koncie nawet sporych rozmiarów obrus, aż dziwne, że się nim jeszcze nie pochwaliłam! Szydełko ma tę przewagę nad drutami, że można je praktycznie zawsze ze sobą zabrać. No może nie jeśli robimy firankę 200x140 cm.
Właśnie dlatego, że szydełko mogłam wziąć ze sobą zawsze, a w dodatku to, co robiłam nie wymagało specjalnie uwagi, zrobiłam chustę, o której od dawna marzyłam. Od dawna, tz. od kiedy zobaczyłam ją kiedyś u mojej mistrzyni, czyli Migdał. Okazało się zresztą, że to najprostszy z możliwych wzór, którym już kiedyś chustę robiłam, tyle że ze zdecydowanie grubszej włóczki. Poprzednią możecie zobaczyć tutaj KLIK. Tym razem wykorzystać chciałam różne zalegające mi resztki włóczki typu lace, ale chciałam, żeby było w popielach, więc jednak nie obeszło się bez zakupów :)
Zaczęłam ją robić właściwie wtedy, gdy mój Tato zaczął chorować i spędzałam sporo czasu w poczekalniach lekarskich, a później po prostu przy nim. Skończyłam właściwie w tym samym czasie, kiedy ta opieka już też się zakończyła. Chyba będzie to taka rzecz, z którą trudno mi się będzie rozstać. Uwielbiam ją, choć wiele rządków przypomina mi trudne chwile. Robiłam w tym czasie także sweterek z pięknego Sock Malabrigo, leży skończony, ale jakoś ciągle nie wykończony, bo przywołuje mi przykre chwile. Musi jeszcze poczekać. Pewnie to, co piszę wydać się może jakieś egzaltowane albo pompatyczne, ale tak to czuję, więc tak piszę.
Wszystkim dziękuję za skierowane do mnie słowa, zarówno tutaj, jak i w realu. Rozmawiałam z wieloma osobami i naprawdę rozmowy te były dla mnie dużym wsparciem. Dzieliliście się ze mną także swoimi doświadczeniami w takich sytuacjach i obraz, który mi się narysował niestety nie jest krzepiący. Mam tu na myśli tzw. domy opieki. Okazuje się, że moje przejścia wcale nie są odosobnione i jednocześnie brakuje kompletnie źródeł, z których można czerpać wiedzę na ten temat. Są tylko ogólniki, albo wylewanie żalu bez konkretów. Nie wiem, czy ludzie boją się poruszać ten temat, czy jest im on obojętny. Mnie te wszystkie przejścia w ostatnich miesiącach naprawdę bardzo dużo kosztowały nerwów i mam nadzieję, że przynajmniej to, co napisałam trafiło do kilku osób, którym w jakiś sposób naświetli problem. Dostałam od Was prywatne wiadomości, co potwierdza, że wpis był przydatny. Po ilości odsłon widzę także, że trafił nie tylko do stałych czytelników, zainteresowanych przede wszystkim moją pasją dziewiarską.

