Kto śledzi mojego bloga, ten wie, że ostatni rok był dla mnie ciężki. Jak nigdy potrzebowałam odpoczynku i naprawdę odliczałam dni do terminu zaplanowanego urlopu. Gdzie chcę pojechać, wiedziałam od dawna. Już rok temu marzyła mi się kraina wakacji mojego dzieciństwa, ale jakoś tak wpadł rejs do Chorwacji i odsunął tę podróż. Tym razem się uparłam i nie żałuję. Co więcej, sądzę że to były jedne z moich najpiękniejszych wakacji. Wszystko, dokładnie wszystko było tak, jak tego chciałam - ludzie, miejsce, pogoda. Gdzie byłam? W Puszczy Augustowskiej! Mieszkałam nad samym brzegiem jeziora Wigry, więc każdego dnia piłam poranną kawę mając widok na jezioro.
A kiedy zbudziłam się około 4:39, co dla mnie jest porą barbarzyńską, i wyjrzałam przez okno, to moim oczom ukazał się widok wschodu słońca, którego chyba nigdy nie zapomnę. Nie odda go zdjęcie, choć próbowałam :), ale o takiej porze, to wszystko na co mnie było stać.
Już pierwszego dnia objechaliśmy jezioro na rowerach, zboczyliśmy troszkę z trasy, by zobaczyć miejsca, w których mieszkałam spędzając wakacje z Rodzicami przez kilka lat z rzędu. Właściwie to nawet nie wiem, ile razy tam byłam.
Wydaje mi się, że przyjeżdżałam tam zawsze. Ostatni raz byłam dokładnie 29 lat temu, będąc wtedy w ciąży. Moi synowie przyjeżdżali później ze swoim Tatą i moimi Rodzicami, ale tak się złożyło, że ja nie mogłam i tęskniłam za tą okolicą bardzo. Odległość mnie jednak odstraszała, bo wydawało mi się to całą wyprawą. Na szczęście czasy się zmieniły i stan dróg też i dzisiaj podróż nie jest już tak uciążliwa, jak w moich wspomnieniach. Wtedy pakowaliśmy się we cztery osoby do syrenki (dla młodzieży - to taki samochód polski był) i jechaliśmy totalnie załadowani przez caaaaaaaały dzień. Do tego moi Rodzice palili w samochodzie papierosy i ta podróż mnie wykańczała. Z mężem jechałam pociągiem przez całą noc do Ełku, a później autobusem do Sejn, a dalej to chyba okazją. Cudownie było zaglądnąć w stare kąty i choć wygląda to zupełnie inaczej, bo kiedyś był to po prostu barak dla robotników leśnych, pozbawiony absolutnie wszelkich wygód, to jednak wspomnienia wracały. A w lesie, jak kiedyś uraczyłam się garścią najlepszych na świecie poziomek.
Wydaje mi się, że przyjeżdżałam tam zawsze. Ostatni raz byłam dokładnie 29 lat temu, będąc wtedy w ciąży. Moi synowie przyjeżdżali później ze swoim Tatą i moimi Rodzicami, ale tak się złożyło, że ja nie mogłam i tęskniłam za tą okolicą bardzo. Odległość mnie jednak odstraszała, bo wydawało mi się to całą wyprawą. Na szczęście czasy się zmieniły i stan dróg też i dzisiaj podróż nie jest już tak uciążliwa, jak w moich wspomnieniach. Wtedy pakowaliśmy się we cztery osoby do syrenki (dla młodzieży - to taki samochód polski był) i jechaliśmy totalnie załadowani przez caaaaaaaały dzień. Do tego moi Rodzice palili w samochodzie papierosy i ta podróż mnie wykańczała. Z mężem jechałam pociągiem przez całą noc do Ełku, a później autobusem do Sejn, a dalej to chyba okazją. Cudownie było zaglądnąć w stare kąty i choć wygląda to zupełnie inaczej, bo kiedyś był to po prostu barak dla robotników leśnych, pozbawiony absolutnie wszelkich wygód, to jednak wspomnienia wracały. A w lesie, jak kiedyś uraczyłam się garścią najlepszych na świecie poziomek.
Sporo jeździliśmy na rowerach. Na jedną z wycieczek umówiłyśmy się z Wiolą, którą pewnie fanki dziewiarstwa znają, bo jest autorką bloga KLIK, a ja zawsze czekam, by podziwiać u niej nie tylko dzianiny, ale także ją i jej piękne zdjęcia. Powiem szczerze - kiedy zna się kogoś tylko wirtualnie, to nigdy nic nie wiadomo :) Okazało się, że wspólnie przejechane rowerami 56 km minęło nie wiadomo kiedy!
Umówiłyśmy się na kolejny dzień, by zobaczyć odleglejsze atrakcje Suwalszczyzny, które troszkę pokażę, bo czemu trzymać takie widoki tylko dla siebie. Poznałam też przemiłą Anię, którą jako modelkę możecie podziwiać w poście Wioletty KLIK. Fantastycznie jest poznawać takie pozytywne osoby! W Gołdapii nawet zrobiłyśmy sobie wspólne zdjęcie przy kawie i ciastku :)
Umówiłyśmy się na kolejny dzień, by zobaczyć odleglejsze atrakcje Suwalszczyzny, które troszkę pokażę, bo czemu trzymać takie widoki tylko dla siebie. Poznałam też przemiłą Anię, którą jako modelkę możecie podziwiać w poście Wioletty KLIK. Fantastycznie jest poznawać takie pozytywne osoby! W Gołdapii nawet zrobiłyśmy sobie wspólne zdjęcie przy kawie i ciastku :)
Kawiarnia była na górze wieży ciśnień, z pięknym widokiem na okolicę. Można było wejść na samą górę i podziwiać wszystko z góry. Nie dla tych, co mają lęk wysokości.
Na obiad zjedliśmy regionalne potrawy, w restauracji położonej przy wzgórzu, na którym jest wyciąg narciarski! Tak więc na Suwalszczyźnie jest wszystko - nawet góra :)
Pojechaliśmy później zobaczyć tężnie, w których oddycha się fantastycznie - cudowne miejsce na czas upałów, można się naprawdę zrelaksować. Bo Gołdap to miasto uzdrowiskowe, gdyby ktoś nie wiedział, bo ja np. nie wiedziałam! Niestety nie wiem dlaczego robiłam zdjęcia tylko komórką, a przez moją nieuwagę je straciłam, więc tężni nie pokażę :( Ale dzięki Wioli chociaż jakieś zdjęcie z tego ciekawego miejsca mam :)
Byliśmy także razem w Stańczykach, gdzie znajdują się ogromne, nieczynne mosty kolejowe. O tych mostach słyszałam wiele już wcześniej, ale jakoś tak wyszło, że wcześniej ich nie widziałam. Możecie o nich poczytać np. tutaj KLIK
Wracając zatrzymaliśmy się jeszcze przy głazowisku, będącym pamiątką po lodowcu. Na sporej przestrzeni, jak okiem sięgnąć leżą potężne kamienie. Utworzono tam rezerwat przyrody.
Na koniec pojechaliśmy jeszcze podziwiać przepiękną panoramę okolicy, której znowu zdjęcie nie odda, choć żeby lepiej zobaczyć, proponuję w fotkę kliknąć, żeby się otworzyła w całości.
Bardzo, naprawdę bardzo się cieszę z tego spotkania! Spędziłam z Wiolą dwa przemiłe dni, pokazała mi swoje kąty, a ja się nimi zachwyciłam. Pomimo tego, że jak wcześniej pisałam, byłam w tej okolicy wiele razy, to ograniczałam się jednak do pewnego obszaru i wielu z nich wcześniej nie widziałam. Dlatego też jestem Wioli wdzięczna za czas, który nam poświęciła. Mam nadzieję, że będę miała okazję się odwdzięczyć i pokazać jej moje miasto. A nasze spotkanie jest dla mnie kolejnym dowodem, że prowadzenie tego bloga ma sens i choćby dla poznawania takich właśnie osób, warto go prowadzić :)
W kolejnych postach napiszę o innych atrakcjach, jakie miałam w czasie moich fantastycznych wakacji. I obiecuję, będzie też drutowo, nie tylko w wymiarze towarzyskim!












