wtorek, 22 sierpnia 2017

Jeden dzień w Wilnie


Fanką wielką Mickiewicza to ja nie jestem, ale chyba każdy, absolutnie każdy przynajmniej kilka zdań z jego twórczości zna. Albo przynajmniej film widział z przystojnym Michałem Żebrowskim, co głos ma taki, że całego Pana Tadeusza mógłby mi przeczytać, a ja bym nie protestowała. Tak czy siak, skoro już przejechałam ponad 700 km na północny wschód od domu, to postanowiłam, że pojadę jeszcze 200 i zobaczę Wilno. Chciałam bardzo, bo część mojej rodziny ze strony Dziadka, czyli Taty mojej Mamy, tam właśnie żyła. 

Najpierw pojechaliśmy odwiedzić cmentarz na Rossie, który zrobił na mnie spore wrażenie. 


Położony na wzgórzach, mocno miejscami zniszczony, ale widać, że jednak ktoś o niego dba, bo uporządkowany. Niektóre grobowce naprawdę piękne, wiele w stanie opłakanym. Większość z polskimi nazwiskami. Kawał historii. W takich miejscach naprawdę zastanawiam się nad życiem, jakkolwiek głupio czy banalnie by to brzmiało. Nie szukałam właściwie konkretnych grobów, ale znalazłam co najmniej jedną krewną. Wiele grobów bezimiennych, na wielu tytuły, które upamiętniają kim ci ludzie byli za życia. Każdy grób to czyjaś opowieść, której nie znam.






Kolejnym punktem naszej wycieczki była oczywiście Ostra Brama. U moich Rodziców jest taka dość stara rycina, na której od dziecka ją oglądałam. Teraz zobaczyłam na własne oczy. To było miłe. Zawsze mam takie dziwne uczucie, kiedy zobaczę w rzeczywistości coś, co już znam z obrazków. Pamiętam, że jak byłam pierwszy raz w Paryżu zobaczyłam mój ulubiony pastel Toulouse-Lautreca i się popłakałam ze wzruszenia, że go widzę na własne oczy... Teraz się nie popłakałam, bo nie czułam się aż tak emocjonalnie związana, ale to było naprawdę przyjemne.


Dalej poszliśmy w kierunku Wzgórza Zamkowego, po drodze oglądając miasto, rozległy plac, kościoły, ale także kawiarenki, które niewiele różnią się od tych w Paryżu czy Wrocławiu. Globalizacja :) Główne ulice ładnie wyremontowane i czysto utrzymane. Kiedy jednak zapuszcza się w boczne uliczki, wygląda to ciut gorzej. Jak wszędzie zresztą, u nas jest tak samo. W tych bocznych uliczkach są czasami bardzo klimatyczne knajpki.










Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby mojego wzroku nie przyciągnęły wyroby dziewiarskie :) Podobno w Wilnie kupuje się na pamiątkę len i bursztyny, niestety nie kupiłam ani jednego, ani drugiego ;( Chciałam kupić lnianą torbę w owieczki, którą widać na zdjęciu poniżej, ale niestety kiedy wracaliśmy stoiska już nie było. 


Po drodze wypiliśmy kawę, zjedliśmy smaczne ciasto i doszliśmy do archikatedry. Ją również widziałam w domu rodzinnym na rycinach. Na żywo okazała się być znacznie większa, niż mi się wydawało. Bardzo proporcjonalna i chyba przez to na obrazku wydawała się mniejsza. Wnętrze mi się nie za bardzo podobało, więc nie zabawiłam tam zbyt długo. 




Chyba stałym punktem jest Wzgórze Zamkowe z Wieżą Giedymina, skąd rozciąga się piękny widok na całe miasto.





Z góry widać także nowocześniejszą część miasta, której nie zwiedzaliśmy. Może następnym razem.


Później przeszliśmy się jeszcze dalej, przechodząc przez most z kłódkami (jak na Moście Tumskim we Wrocławiu!) nad rzeką Wilejką do części miasta zwanej Republiką Zarzecza. To miejsce jest podobno centrum artystów, ale także bezdomnych. Porównywane do francuskiego Montmartru czy duńskiej Christianii. Stanowi atrakcję turystyczną i z pewnością ma swoisty klimat. Niestety nie mieliśmy czasu, żeby się tam na dłużej zatrzymać, tak więc to kolejny powód do następnej wizyty :)








Trafiliśmy też na imprezę kulinarną, sporo ludzi, bardzo różne jedzenie, ale nie zatrzymywaliśmy się. Chciałam jednak zobaczyć więcej miasta i zjeść coś bardziej tradycyjnego. Widać było, że ludzie dobrze się bawili.





Sporo w Wilnie zieleni, niewiele wysokiej zabudowy. To co mi się podobało, to wrażenie przestronności, chyba dzięki sporym placom, stosunkowo niskim domom, dość szerokim ulicom. 

Chcieliśmy bardzo zjeść kołduny litewskie, ale okazuje się, że zdecydowanie łatwiej jest znaleźć pizzę, sushi, KFC itd. W końcu zamówiliśmy jakieś inne tradycyjne dania, ale muszę powiedzieć, że to nie moja bajka. Kuchnia litewska jest dla mnie za ciężka, a przynajmniej dania flagowe czyli cepeliny i inne wariacje na temat ziemniaków.  Obsługiwała nas bardzo miła kelnerka, z pięknym warkoczem - Polka, co powiedziała z dumą, i z dość silnym litewskim akcentem. A propos, zaskoczona byłam prawdę mówiąc tym, że praktycznie nigdzie nie ma polskich wersji językowych w kartach dań, czy chociażby na kierunkowskazach czy opisach zabytków (poza Republiką Zarzecza, która jest bardziej otwarta na obce kultury). Na ulicy wszędzie słychać język polski, bo turystów z naszego kraju oczywiście mnóstwo. Wydaje mi się, że z czysto merkantylnego powodu takie wskazówki by się przydały, żeby Polaków zachęcić do korzystania z uroków miasta. Tym bardziej, że język litewski jest kompletnie różny od naszego. Mnie rozbawił plakat reklamujący film, znany na całym świecie pod nieco inną nazwą, ale dzięki głównej postaci łatwo się było domyślić :)


Podsumowując - Wilno mi się podobało, choć mnie nie zachwyciło. Chętnie pojadę jeszcze raz przy okazji pobytu w Puszczy. Tym bardziej, że z pewnością nie widziałam wszystkiego. Nie skupiałam się na niczym, trochę tak przeleciałam przez miasto, by mieć ogólne wrażenie. Następnym razem przygotuję się merytorycznie, bo teraz to był absolutnie spontaniczny wyjazd. Muszę poza tym kupić sobie w końcu ten litewski len i bursztyny :) I wrócić po Dżugas, litewski ser dojrzewający 48 miesięcy - pycha! W Auchan można go u nas także kupić, ale 24 miesięczny maksymalnie. A że akurat były moje imieniny, to po powrocie świętowaliśmy, zajadając przywieziony z Wilna przysmak i popijając kupionym w Biedrze winkiem :)


Tak oto zakończyły się moje wakacje. Chętnie się dzielę tymi wspomnieniami, bo wiem, że są zachętą do tego, by pojechać w te piękne strony, gdzie nie ma szans na nudę. Atrakcji jest pod dostatkiem dla każdego, bo można spędzać czas aktywnie, ale także poleniuchować, pokontemplować piękno natury, generalnie robić wiele rzeczy. Po prostu odpocząć w ulubiony sposób :)

15 komentarzy :

  1. Byłem w Wilnie kilka razy (mam relatywnie blisko) i mogę napisać dokładnie to samo: fajne, ale na kolana nie rzuca. Szkoda tylko, że nigdy nie trafiłem na ten ser (do Twojego postu w ogóle nie wiedziałem, że takie coś istnieje), gdyż jestem zawołanym serożercą :))) PS. Przepraszam za trywialne pytanie, ale ile kosztuje ten łakoć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że dokładnie nie pamiętam :) Tani to on nie był, ale kredytu nie musiałam brać. Płaciłam niestety gotówką, więc na wyciągu też nie znajdę. W Auchan ten 24-miesięczny kosztuje ok 50 zł/kg z tego, tak mi się wydaje. Ten pewnie więcej. W Wilnie ser można kupić w "firmowym" sklepie przy tej głównej ulicy, która wiedzie od Ostrej Bramy w kierunku Ratusza.

      Usuń
  2. W Piotrze i Pawle też można kupić ten ser ;) Globalizacja! To niesamowite, że wielu moich znajomych wybrało w tym roku Suwalszczyznę i Litwę na cel swoich wakacyjnych wojaży. Też byłam w Wilnie, po Tobie :) Chodziłam pewnie tymi samymi uliczkami, a na huśtawce nad rzeką oczywiście moje dzieci się huśtały :) Wrażenia mam podobne, poza Ostrą Bramą i pewnym sentymentem do tego, że Mickiewicz tam żył i tworzył (jakoś łatwiej mi go sobie wyobrazić niż np. starożytnych twórców z Grecji czy Rzymu ), Wilno nie zapadnie mi w pamięć aż tak, jak się spodziewałam. Za to Troki będziemy pamiętać, bo tam w gablocie pieczęci szlachty mój mąż zobaczył pieczęć być może swoich przodków, w każdym razie nazwisko się zgadzało :D Bursztyny nawet chciałam nabyć, ale po wykładzie jaki zrobił mi syn odnośnie odróżniania prawdziwego bursztynu od chińskiego (cena to jedno, ale na pewno nie zawsze ;), postanowiłam odszukać bursztynowy naszyjnik z dawnych wypraw nad polski Bałtyk i tym przypominać sobie minione wakacje ;) A i jeśli przez następne kilka lat nie zjem nic przypominającego cepeliny, kartacze czy nawet pyzy z mięsem itp., to nie będę płakać! Nawet placki ziemniaczane będę długo omijać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale fajnie! To widzę, że zdanie na temat Wilna i spraw z nim związanych mamy podobne :) W Trokach nie byłam, ale z pewnością się tam wybiorę. Może w przyszłym roku? Słyszałam, że warto i nabieram co raz większej ochoty!

      Usuń
  3. Witam Cię, miła Makunko.
    Zdaje się, że debiutuję w komentarzu, choć wszystko, o czym piszesz czytam z wielkim zainteresowaniem.
    Ponieważ masz zamiar, w przyszłości, przynajmniej raz jeszcze wrócić do grodu nad Wilią, chciałabym Cię zachęcić do wizyty w pasmanterii Mezgimo Zona. To w temacie litewskiego lnu, dziewiarskiego, oczywiście. Zapewniam, że jest na co popatrzeć. Można też i pod tym linkiem http://www.mezgimozona.lt/index.php, jak również na Facebooku.
    Bardzo dziękuję za fotograficzną wycieczkę po Wilnie.
    Serdecznie pozdrawiam
    Jola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja Cię witam serdecznie! Prawdę mówiąc wcześniej już ten sklep w Wilnie wyszukałam, ale niestety nie miałam czasu do niego się udać, czego bardzo żałuję. Mam nadzieję, że następnym razem nadrobię, bo widzę że piękne tam włóczki można znaleźć - nie tylko lny :) Bardzo mi miło, że do mnie zaglądasz i ja Jolu pozdrawiam Cię ciepło!

      Usuń
  4. A ja dopowiem na temat braku polskich napisów w Wilnie. Brak jest również przyjaznego traktowania Polaków, mimo iż tak wielu ich tam przyjeżdża. Są bardzo niechętnie traktowani. Jak byłam z koleżanką i szukałyśmy właśnie cepelinów w lokalach kelnerzy,kelnerki udawali,że nie wiedzą o co nam chodzi. Bardzo jest to dziwne i nieprzyjemnie, nie jest tak na całej Litwie ale spotkałam się z tym w Wilnie właśnie i w Druskiennikach. Mieszkam w Suwałkach, u nas w marketach i na bazarze częściej słychać język litewski niż polski :), napisy są w języku litewskim a sprzedawcy znają już te słowa, które są im potrzebne do komunikacji. Pozdrawiam i cieszę się,że podobały się nasze okolice. Ja z kolei baaaaaardzo lubię Wrocław, bardzo bardzo :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Złego traktowania nie odczułam, ale ten brak napisów mnie zaskoczył właśnie dlatego, że z pewnością skorzystaliby na tym chociażby sprzedawcy, restauratorzy itd. itp. U naszych zachodnich sąsiadów było pod tym względem inaczej, dużo przyjaźniej. Można? Można. Pewnie to niestety nasza wspólna, czasem trudna historia ma na to wpływ. Szkoda, że przeszłość ma taki wpływ na te nasze relacje. Chyba wiele na tym się traci.

      Usuń
  5. PS. Trochę mnie dziwi,że nie bardzo Wam smakują kartacze itp. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja nie mogę powiedzieć, że mi nie smakują! Ale dla mnie to jednak za ciężki kaliber! Na co dzień bym nie mogła. Zdecydowanie bardziej mi odpowiada kuchnia śródziemnomorska :), troszkę jednak lżejsza :)

      Usuń
  6. Wspaniała wycieczka! Dzięki, że chciałaś się z nami nią podzielić!
    Sama sentymentu do Kresów, Wilna, czy Lwowa nie mam, bo moja rodzina stamtąd nie pochodzi, ale z chęcią bym je zobaczyła na żywo.
    Cudny ten cmentarz :) (mam takie zboczenie cmentarne... bardzo lubię sztukę sepulklarną...), a te zniszczone uliczki jakoś tak mi się z Włochami kojarzą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi bardzo, że Ci się spodobało! Chętnie się dzielę, bo to i dla mnie pamiątka, i dla czytelników może zachęta :) Do Lwowa się również wybieram, bo głównie stamtąd właśnie pochodzi moja rodzina. Mój Tato się tam urodził :) A Dziadek był jednym z Orląt Lwowskich, więc to znowu kawałek historii, której chcę dotknąć.
      Cmentarz robi wrażenie, nie rozpisywałam się na jego temat, bo nie każdego to interesuje, ale samo czytanie napisów na nagrobkach naprawdę uruchamia wyobraźnię.

      Usuń
  7. Piękne wakacje były 😊 super oglądało mi się zdjecia szczególnie że w czerwcu byłam w Wilnie i Trokach. Jednodniowa wycieczka z przewodnikiem była super ale wykonczyla nas fizycznie. Mam wrażenie że w Wilnie są same kościoły, i w każdym byliśmy 😉
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wycieczka z przewodnikiem ma tę przewagę, że zdobywa się sporo informacji. Ja jednak wolę sama zobaczyć i później doczytać, albo poczytać wcześniej, żeby się przygotować. Właściwie nie wchodziłam do kościołów, poza archikatedrą. Chciałam też zobaczyć wnętrze kościoła św. Anny, ale akurat była msza, więc nie mogłam. Następnym razem pewnie bardziej skupię się na szczegółach, bo teraz to był taki przelot przez miasto. No i Troki też bym chciała zobaczyć :)

      Usuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Etykiety

alize flower alpaca alpaka Alta moda Alpaca Lana Grossa komin otulacz audiobook Ayatori bamboo fine bambus Batik bawełna bawełna anilux bawełna turkusowy beret Boo Knits Bransoletka Caprice bransoletki z koralików bransoletki z koralików Toho cascade yarns champagne chiagoo Chorwacja chusta na drutach chusta na szydełku Cleopatra Wrap color affection czapka czapka na drutach Czesław Miłosz delicious delight dodatki na drutach dodatki na szydełku donegal Dream team dreiklang drops Drutozlot druty e-dziewiarka Ella entrelac extra klasse fair island Feng Shui filigran Zitron Filisilk frędzle ginkgo granny square greina Hania Maciejewska himalaya kasmir islandzkie swetry lopi jedwab bourette jedwab traumseide jedwabny sweter Justyna Lorkowska Karkonosze kaszmir kelebek bawełna motylek Kid Silk kiddy's mohair ISPE kitchener Knit Pro kocyk dla dziecka kolczyki kolczyki rivoli Swarovski kolory Koniec świata kot książki lace Lace Lux Lana Grossa Lanesplitter skirt Lang Yarns len letni sweter na drutach loden Malabrigo Manos merino Merino 400 Lace Color merino sweter szary męski sweter mille colori baby mille colori big missoni mohair mural Muzyka narzęzia nauka Normandia Noro organico Out of Darkness Pan tu nie stał panda Pat Metheny patina Pięćdziesiąt twarzy Greya Piosenka o końcu świata podróże powidła Praga próbka przelicznik jednostek przepisy przędzenie rękawy Rios Riva rivoli rzędy skrócone seidenstrasse shadow wraps skarpetki na drutach Sock soft bamboo Solare Mondial spotkania dziewiarek spódnica na drutach storczyki street chic surf Swarovski sweet dreams sweter na drutach sweter na drutach z mohairu Szal Citron szal estoński szal na drutach Szklarska Poręba Szklarska Poręba Karkonosze sznurek bawełniany sznury szydełkowo-koralikowe szydełko szydełko tunezyjskie Światowy Dzień Dziergania w Miejscach Publicznych techniki Toho triologie tutorial Twins Campolmi Vaa wakacje wełna Wenecja Wilno włóczka na szal wnętrza Wrocław wykończenia zagroda zamówienie zitron