niedziela, 2 kwietnia 2017

Szaro, ale nie buro

Trochę już się zaczynam opanowywać i przyszedł w końcu czas, żebym powróciła do mojego normalnego życia. Od tak dawna nic nie pokazywałam, nie pisałam, że trudno mi teraz zacząć. Cały czas jednak moje ręce są zajęte, skończyłam kilka rzeczy, które zaczęłam wieki temu, ale zrobiłam też całkiem nowe, bo nie mogłam się oprzeć urodzie włóczek. Tych zresztą trochę w moich zbiorach przybyło... Nie potrafię się powstrzymać i zawsze się na coś skuszę.

Po szydełko sięgałam w ostatnich latach stosunkowo rzadko, choć kiedyś było moim ulubieńcem. Mam na swoim koncie nawet sporych rozmiarów obrus, aż dziwne, że się nim jeszcze nie pochwaliłam! Szydełko ma tę przewagę nad drutami, że można je praktycznie zawsze ze sobą zabrać. No może nie jeśli robimy firankę 200x140 cm.


Właśnie dlatego, że szydełko mogłam wziąć ze sobą zawsze, a w dodatku to, co robiłam nie wymagało specjalnie uwagi, zrobiłam chustę, o której od dawna marzyłam. Od dawna, tz. od kiedy zobaczyłam ją kiedyś u mojej mistrzyni, czyli Migdał. Okazało się zresztą, że to najprostszy z możliwych wzór, którym już kiedyś chustę robiłam, tyle że ze zdecydowanie grubszej włóczki. Poprzednią możecie zobaczyć tutaj KLIK. Tym razem wykorzystać chciałam różne zalegające mi resztki włóczki typu lace, ale chciałam, żeby było w popielach, więc jednak nie obeszło się bez zakupów :)


Zaczęłam ją robić właściwie wtedy, gdy mój Tato zaczął chorować i spędzałam sporo czasu w poczekalniach lekarskich, a później po prostu przy nim. Skończyłam właściwie w tym samym czasie, kiedy ta opieka już też się zakończyła. Chyba będzie to taka rzecz, z którą trudno mi się będzie rozstać. Uwielbiam ją, choć wiele rządków przypomina mi trudne chwile. Robiłam w tym czasie także sweterek z pięknego Sock Malabrigo, leży skończony, ale jakoś ciągle nie wykończony, bo przywołuje mi przykre chwile. Musi jeszcze poczekać. Pewnie to, co piszę wydać się może jakieś egzaltowane albo pompatyczne, ale tak to czuję, więc tak piszę.

Wszystkim dziękuję za skierowane do mnie słowa, zarówno tutaj, jak i w realu. Rozmawiałam z wieloma osobami i naprawdę rozmowy te były dla mnie dużym wsparciem. Dzieliliście się ze mną także swoimi doświadczeniami w takich sytuacjach i obraz, który mi się narysował niestety nie jest krzepiący. Mam tu na myśli tzw. domy opieki. Okazuje się, że moje przejścia wcale nie są odosobnione i jednocześnie brakuje kompletnie źródeł, z których można czerpać wiedzę na ten temat. Są tylko ogólniki, albo wylewanie żalu bez konkretów. Nie wiem, czy ludzie boją się poruszać ten temat, czy jest im on obojętny. Mnie te wszystkie przejścia w ostatnich miesiącach naprawdę bardzo dużo kosztowały nerwów i mam nadzieję, że przynajmniej to, co napisałam trafiło do kilku osób, którym w jakiś sposób naświetli problem. Dostałam od Was prywatne wiadomości, co potwierdza, że wpis był przydatny. Po ilości odsłon widzę także, że trafił nie tylko do stałych czytelników, zainteresowanych przede wszystkim moją pasją dziewiarską.

środa, 22 lutego 2017

...

Wczoraj umarł mój Tatuś.

Poniższy wpis przygotowywałam już od kilkunastu dni, nie będę już w nim nic zmieniać, w końcu go opublikuję.

Ostatnie miesiące, a szczególnie tygodnie są dla mnie naprawdę ciężkie. Postanowiłam podzielić się moimi doświadczeniami, bo może będą dla kogoś wskazówką, może komuś pomogą w trudnych decyzjach, ale także uchronią przed podjęciem niewłaściwych.
Mój Tato choruje na chorobę o tajemniczym skrócie POChP czyli przewlekłą obturacyjną chorobę płuc. Nie będę się wdawać w szczegóły, ale proponuję poszperać trochę i poczytać  o niej choćby w internecie, bo choroba zupełnie nieznana, a wbrew pozorom dość popularna i bardzo groźna. Mój Tato ma niewydolność oddechową i szereg innych schorzeń, wymaga całodobowej opieki, której większość normalnie pracujących ludzi nie jest w stanie zapewnić w warunkach domowych. Szczególnie, gdy stan chorej osoby potrafi się w ciągu bardzo krótkiego czasu zmienić o 180 stopni i potrzebna jest natychmiastowa pomoc fachowa. Przy kolejnym zaostrzeniu choroby, czyli kolejnym zapaleniu płuc, lekarze przedstawili mi sytuację i mimo podejmowanych prób zdałam sobie sprawę, że muszę znaleźć dla mojego Taty miejsce, gdzie taką fachową opiekę będzie miał. Do tej pory nie interesowałam się kompletnie tematem opieki nad osobami w podeszłym wieku czy chorymi, bo nie miałam w najbliższym otoczeniu aż takiego problemu. Moja Mama choć choruje i porusza się z trudem, nie jest jednak osobą leżącą i zupełnie niesamodzielną. Nie zdawałam sobie zupełnie sprawy, jak bardzo brakuje odpowiednich, wyspecjalizowanych placówek. W swojej naiwności pomyślałam, że ośrodki prowadzone przez siostry zakonne powinny mieć dobrą opiekę, bo na tym mi najbardziej zależało. Szczęśliwie (tak mi się zdawało!) się złożyło, że 200 metrów od mojego domu jest takie miejsce. W swojej naiwności myślałam, że znalazłam rozwiązanie, które da poczucie bezpieczeństwa zarówno mi, jak i przede wszystkim mojemu Tacie. Teoretycznie finansowanie pobytu wygląda tak, że ośrodek zabiera 80% emerytury, którą to część ZUS przelewa bezpośrednio na jego konto. Jednak termin oczekiwania na miejsce to kilka miesięcy, albo i dłużej. Dużo szybciej dostać się można jeśli pobyt jest nazwijmy to komercyjny, czyli podpisuje się umowę z określoną stawką dzienną, przy czym umowa jest podpisywana na min. miesiąc. Stawka wynosiła w tym konkretnym przypadku 140 zł dziennie i dodam, że podobnie wygląda to w innych tego typu miejscach, rozeznałam temat. Znalazłam też odrobinę tańsze miejsca, ale jeśli doliczyć koszty dojazdów oraz czas na ten dojazd, to było to finansowo podobnie, a czasowo kompletnie pozbawione sensu. Tak więc zdecydowałam się na Zakład Opiekuńczo-Leczniczy przy ul. Rydygiera. Wpłaciłam kwotę za cały miesiąc z góry, podpisałam umowę, nie zwracając uwagi na jej szczegóły - umowa nie była zresztą zbyt skomplikowana. Teraz już wiem, że nie gwarantowała mi tak naprawdę niczego, ale w sytuacji, gdy szuka się opieki dla najbliższej osoby i wydaje się, że się ją znalazło, człowiek podpisuje każdy cyrograf. To, co przeżyłam przez kilkanaście godzin pobytu mojego Taty w tym miejscu, z pewnością będzie mnie kosztowało parę dni życia. Nie oczekiwałam luksusu, ale opieki tak. Jednak zastane warunki były zdecydowanie poza moją granicą akceptacji. Pomijam już to, że pies z kulawą nogą nie przywitał się ze mną czy moim Tatą, nie wyjaśnił niczego, nie starał się być jakoś pomocny. Ot kolejny pensjonariusz przyjechał, w dodatku z upierdliwą babą, która ma jakieś wymagania, pyta o telewizor (bo coś przecież mój leżący 24 godziny Tato musi robić), ma pretensje że przywoływacz przy łóżku nie działa, że regulacja łóżka rehabilitacyjnego zepsuta. To jednak drobiazgi. Przede wszystkim personel był absolutnie nieżyczliwy, niemiły wręcz, robiący łaskę (za 4200 miesięcznie!), a w dodatku niekompetentny. Pielęgniarka stwierdziła na przykład, że nie widzi rozpiski leków w wypisie ze szpitala. O dziwo, ja nie miałam z tym problemu! Kiedy przyszłam rostrzęsiona po dwóch godzinach, Tato nie miał podłączonego koncentratora tlenu, a kiedy na moje pytanie "dlaczego", bez słowa wyjaśnienia został podłączony, tlenu było podawane dwa razy więcej, niż powinien dostawać. Nie wchodząc w szczegóły, nie jest to korzystne, może nawet zaszkodzić. To i wiele innych szczegółów spowodowało, że nie spałam w nocy i podjęłam decyzję, że Tatę zabieram. Rano zresztą Tato mi to potwierdził, że absolutnie nie chce tam być. Bezradne i przerażone spojrzenie mojego Ojca było dla mnie rozkazem. Sprawę wypisania zaczęłam załatwiać natychmiast, najważniejsze było dla pań z biura, żebym oddała podpisaną umowę. Chwilę później już wiedziałam dlaczego tak im na tym zależy. Okazało się, że zgodnie z tą umową nie mają zamiaru oddać mi wpłaconych pieniędzy, bo "wypisanie" jest na prośbę pacjenta! Pewnie mogłam zrobić jakąś awanturę, wyciągać wszystkie uchybienia, ale nie miałam na to po prostu ani siły, ani czasu. Grzecznie porozmawiałam z panią dyrektor w jej eleganckim, dodam złośliwie, gabinecie. Pani dyrektor była oschła, powiedziała mi, że wyrabiam sobie zbyt szybko opinię i powinnam dać mojemu Tacie czas na adaptację (!). Co do zwrotu, to jest umowa, oni mają plany itd. Grzecznie zaproponowałam 500 zł, które moim zdaniem po niecałej dobie pobytu zrekompensują wszystkie poniesione koszty (ciekawe jakie, bo nawet podkład na łóżku był moim zdaniem z odzysku) i opuściłam gabinet. Po pół godzinie przyszła do nie sekretarka z aneksem na 700 zł - biorącym pod uwagę trudną sytuację pacjenta - taka dobra pani dyrektor. Karetką sanitarną (na mój oczywiście koszt) zabrałam Tatę do domu, w międzyczasie organizując koncentrator tlenu, opiekunkę itp. Nawiasem mówiąc dowiedziałam się niedawno, że moja koleżanka w bardzo podobnej sytuacji, nie miała tyle szczęścia i po dwóch dniach pobytu u innych sióstr zakonnych, prowadzących podobny ośrodek, nie dostała zwrotu pieniędzy - 3600 zł ku chwale zakonnic i realizacji dzieła bożego.
Dlaczego to wszystko piszę?
Żeby uchronić inne osoby przed popełnieniem błędów. Jestem daleka od generalizowania i twierdzenia, że wszystkie placówki tego typu są złe. Nie atakuję również kościoła. Chcę tylko zwrócić uwagę, że nie można a priori zakładać, że coś jest takie, jakim powinno być. Choć jestem osobą ufającą ludziom i starającą się widzieć w nich rzeczy dobre, to jednak w kwestiach tak kluczowych, zaufanie musi być jednak mocno ograniczone. Trzeba sprawdzać wszystko, dosłownie wszystko. Nie podpisywać nic, tak jak ja, na dobrą sprawę w ciemno. Żeby było śmieszniej, to ja należę do tych osób, które czytają zawsze umowy, regulaminy itp. Ale pośpiech, nerwy, i właśnie to zaufanie, tym razem spowodowały kompletny brak czujności. Naraziłam na stres i być może nawet niebezpieczeństwo mojego Tatę, a siebie na spore nerwy.
Żeby nie było tak całkiem dramatycznie i pesymistycznie, to napiszę jeszcze, że Tatuś mój po krótkim pobycie w domu, a następnie ponownie w szpitalu, teraz jest w hospicjum ojców Bonifratrów. Skierował mnie tam, a właściwie jego, lekarz ze szpitala. Miły, życzliwy i cierpliwy człowiek, który okazał się również bardzo pomocny. Tym razem sprawdziłam wszystko i muszę to napisać - jestem pod szczerym wrażeniem. Wrażeniem pozytywnym, bo właśnie takiej opieki od początku oczekiwałam. Ludzie pracujący w tym hospicjum są naprawdę niezwykli, ich pomoc, zaangażowanie nieocenione. W tym trudnym czasie jestem przynajmniej spokojna, że kiedy nie jestem z moim Tatą, to nie jest on traktowany przedmiotowo, że ktoś się o niego naprawdę troszczy, że o niego dba i się nim opiekuje. Okazuje się, że jest to możliwe. Tym bardziej boli mnie, że są miejsca, w których ludzkie odruchy życzliwości nie są dostępne.

Teraz, kiedy umarł, dopiszę jeszcze, że w tych trudnych chwilach, ludzie w hospicjum byli naprawdę tacy, jakimi być powinni. Dyskretni, życzliwi i wspomagający. Jestem im za to bardzo wdzięczna.

środa, 11 stycznia 2017

Przede wszystkim wszystkim życzę dobrego nowego roku. Miło mi, że pytacie się o mnie, dlaczego nic się nie dzieje na blogu itd. Ponieważ osoby, które do mnie zaglądają - szczególnie te, które zostawiają ślad w postaci komentarzy! - są dla mnie naprawdę ważne, bo są motywacją, to myślę, że zasługują na kilka słów wyjaśnienia.

Moje życie kręci się aktualnie wokół rodziców, przede wszystkim Taty. Tak już jest to poukładane, że przychodzi moment, że to my musimy się nimi zająć, tak jak kiedyś oni nami. Przychodzi dzień, że oddajemy im ten czas, rezygnujemy z przyjemności. Tak, jestem zmęczona i mam chwilami dość, ale tak trzeba i nie wyobrażam sobie, że mogłabym postępować inaczej. Do niedawna w żartach mówiłam, że nie brak mi niczego poza czasem. Teraz myślę, że jednak miałam go sporo. Obecnie faktycznie nie mam go wcale :(
Uczę się cierpliwości i wielu innych rzeczy. Pewnie takie doświadczenia też są potrzebne, żeby dowiedzieć się więcej o życiu, a także o sobie.

Dlatego choć bardzo lubię to miejsce, nie mogę pisać tak często, jak bym chciała. W dodatku nie mam kiedy zrobić zdjęć. Może w końcu się uda, bo oczywiście na drutach robię, bo to jednak relaks jest i oderwanie myśli.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Etykiety

alize flower alpaca alpaka Alta moda Alpaca Lana Grossa komin otulacz audiobook Ayatori bamboo fine bambus Batik bawełna bawełna anilux bawełna turkusowy beret Boo Knits Bransoletka Caprice bransoletki z koralików bransoletki z koralików Toho cascade yarns champagne chiagoo Chorwacja chusta na drutach chusta na szydełku Cleopatra Wrap color affection czapka czapka na drutach Czesław Miłosz delicious delight dodatki na drutach dodatki na szydełku donegal Dream team dreiklang drops druty e-dziewiarka Ella entrelac extra klasse fair island Feng Shui filigran Zitron Filisilk ginkgo granny square greina Hania Maciejewska himalaya kasmir islandzkie swetry lopi jedwab bourette jedwab traumseide jedwabny sweter Karkonosze kaszmir kelebek bawełna motylek Kid Silk kiddy's mohair ISPE kitchener Knit Pro kocyk dla dziecka kolczyki kolczyki rivoli Swarovski kolory Koniec świata kot książki lace Lace Lux Lana Grossa Lanesplitter skirt Lang Yarns len letni sweter na drutach loden Malabrigo Manos merino Merino 400 Lace Color merino sweter szary męski sweter mille colori baby mille colori big missoni mohair mural Muzyka narzęzia nauka Noro organico Out of Darkness Pan tu nie stał panda Pat Metheny patina Pięćdziesiąt twarzy Greya Piosenka o końcu świata powidła Praga próbka przelicznik jednostek przepisy przędzenie rękawy Riva rivoli rzędy skrócone seidenstrasse shadow wraps skarpetki na drutach soft bamboo Solare Mondial spotkania dziewiarek spódnica na drutach storczyki street chic surf Swarovski sweet dreams sweter na drutach sweter na drutach z mohairu Szal Citron szal estoński szal na drutach Szklarska Poręba Szklarska Poręba Karkonosze sznurek bawełniany sznury szydełkowo-koralikowe szydełko szydełko tunezyjskie Światowy Dzień Dziergania w Miejscach Publicznych techniki Toho triologie tutorial Twins Campolmi wakacje wełna włóczka na szal wnętrza Wrocław wykończenia zagroda zamówienie zitron