poniedziałek, 31 grudnia 2012

Sylwester

Myślałam, że zrobię jakieś większe podsumowanie, ale się nie uda już. Więc krótko: pozdrawiam tych, którzy do mnie zaglądają i którym podoba się choć trochę to, co robię. Tych którym się nie podoba też pozdrawiam :) Polubiłam tę blogosferę i czasem trudno mi się oderwać od tego świata, w którym tak wiele sympatycznych osób dzieli się z innymi swoimi pasjami, swoją wiedzą, czasem też swoim życiem. W nowym roku życzę wszystkim samych przyjemnych chwil, a jeśli przyjdą te mniej przyjemne, żeby nie zapominali, że zawsze kiedyś burza się kończy i wychodzi słońce. Wierzcie mi na słowo, że tak jest :)! Jeśli bawicie się dziś wieczorem, to życzę udanej zabawy! Życzę też spokojnej nocy tym, którzy muszą pracować, aby inni mogli się bawić. 
Do zobaczenia w NOWYM ROKU!

niedziela, 30 grudnia 2012

Święta, święta i po świętach... Brzuch rozepchany, rozleniwienie ogromne, a tu koniec rokiem za pasem i czas podsumowań i postanowień noworocznych. Dokładnie rok temu, 25 grudnia rozpoczęłam moją pierwszą po dłuuugiej przerwie robótkę i od tego czasu oderwać mnie od drutów ciężko. Na szczęście robótki się zmieniają. Nie wszystkie wyroby pokazałam, część czeka na zdjęcia, a część na skończenie :)
Dzięki odnowionemu hobby nawiązałam nowe znajomości, posiadłam nowe umiejętności - więc do przodu, rozwijam się, a to najważniejsze. Za sobą mam rok trudny, choć lepszy zdecydowanie od poprzedniego, który był chyba najgorszym w moim dotychczasowym życiu, więc zakładam, że kolejny będzie jeszcze lepszy - jeśli takie myślenie ma sens.

Postanowienia muszę jeszcze przemyśleć, więc o nich dopiero w nowym roku.

No i jeszcze podzielę się moim prezentem - nie gwiazdkowym, tylko jeszcze urodzinowym czyli otrzymanym w listopadzie, ale piszę o nim dopiero teraz nie bez powodu. Otóż to jest, ta dam:

zdjęcie pochodzi ze strony sklepu yego.pl

Takiego czarnego kalendarzyka używam trzeci rok z kolei, a związana jest z nim pewna śmieszna historyjka, która ubawiła już kilka osób, więc może ubawi więcej :)
W listopadzie 2010 roku wyprowadziłam się do mojej przyjaciółki, ze względu na wymianę belki stropowej w moim mieszkaniu. Remont miał się skończyć do końca listopada, ale jakoś tak zeszło, że koniec roku zastał mnie nadal u niej. Jakoś tak w tym czasie wracam do domu, a przyjaciółka siedzi i ze skupieniem i nabożeństwem na twarzy coś przepisuje z jednego notesika do drugiego. No to spytałam grzecznie, co robi. "Uzupełniam moleskina". Że co? "No MOLESKINA uzupełniam". Powiedziałam to takim tonem, że poczułam się jak osoba mocno ograniczona, jako że kompletnie nie wiedziałam o co chodzi, ale czułam, że powinnam wiedzieć. Odważyłam się więc zapytać, co to jest. No i usłyszałam historię czarnego notesika, że Hemingway i Van Gogh, o naszym Kapuścińskim nie mówiąc i że to taki kultowy i ach, i och... No i zasiała. Zapragnęłam, poczułam, że muszę mieć - choć wcześniej nawet nie widziałam o jego istnieniu i nawet nie przeczuwałam potrzeby posiadania.
Ale że był to już koniec roku, albo też jego początek, okazało się, że moleskinów nigdzie u nas kupić nie można. JA nie kupię? O nie. Musiałam go mieć. Obudziła się we mnie dusza zdobywcy. Więc zamówiłam na ebayu, co nie było specjalnie skomplikowane, ale ja miałam wcześniej złe doświadczenia. Byłam szczęśliwa, choć sama z siebie się śmiałam. No i tak śmiejąc się, opowiedziałam o tym kolejnej koleżance, która lubi takie papeteryjne przydasie i też zachciała, zaraziłam. Niech żyje marketing szeptany. Ale było już za późno, bo przecież już zrobiłam zakupy w ANGLII. Ale zaraz po tym dostałam uprzejmego maila z Anglii, że im, kurna paka, moleskinów zabrakło!!! No jak to?! Nawet w ANGLII zabrakło?! Kaskę odesłali, ale ja chciałam MOJEGO moleskina! No i  w końcu znalazłam i tym razem zamówiłam już dwa, bo jeszcze dla tej koleżanki, co wirusa jej podesłałam. Moleskin tym razem przyszedł ku mojej radości i ode tej pory z dużym uśmiechem opowiadam, jak to padłam ofiarą snobizmu :) Na szczęście od dwóch lat przyjaciółka mi ułatwia życie i na urodziny dostaję świeży czarny notesik na kolejny rok. W czym tkwi jego wyjątkowość? Nie wiem, ale go lubię i już :) Czy ktoś jeszcze jest taki walnięty jak ja?


piątek, 21 grudnia 2012

Znalezione, dzielone



W przerwie pomiędzy przygotowaniami do świąt i pracą konieczną do zdobywania środków do życia, znalazłam fajny filmik, którym się oczywiście podzielę. Chociaż może wszyscy znają tę technikę, tylko ja nie?




Nie robiłam jeszcze na drutach takich maleńkich elementów, ale pewnie przyda się też przy zszywaniu większych. Jeszcze nie próbowałam, ale już polubiłam :)

środa, 19 grudnia 2012

Podobno ma być koniec świata - dowiedziałam się całkiem przypadkiem. No i co to będzie? Nie ma po co zawracać sobie głowy postanowieniami noworocznymi? Robić planów na przyszłość bliską i dalszą? Eee tam... Zrobiłam pierniczki, a raczej podstawę do pierniczków, bo trzeba je jeszcze polukrować.


No i przypomniał mi się taki wiersz Miłosza, choć ja go poznałam w wersji śpiewanej przez Agę Zaryan (polecam płytę "Księga olśnień"!), bo mało poezji czytam. I z okazji zbliżającego się końca świata poczytajcie go.

Piosenka o końcu świata

Czesław Miłosz

      W dzień końca świata
      Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
      Rybak naprawia błyszczącą sieć.
      Skaczą w morzu wesołe delfiny,
      Młode wróble czepiają się rynny
      I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
      W dzień końca świata
      Kobiety idą polem pod parasolkami,
      Pijak zasypia na brzegu trawnika,
      Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
      I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
      Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
      I noc gwiaździstą odmyka.
      A którzy czekali błyskawic i gromów,
      Są zawiedzeni.


      A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
      Nie wierzą, że staje się już.
      Dopóki słońce i księżyc są w górze,
      Dopóki trzmiel nawiedza różę,
      Dopóki dzieci różowe się rodzą,
      Nikt nie wierzy, że staje się już.

      Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
      Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
      Powiada przewiązując pomidory:
      Innego końca świata nie będzie,
      Innego końca świata nie będzie.



poniedziałek, 17 grudnia 2012

U niektórych przygotowania do świąt idą pełną parą, a ja jeszcze staram się zachować spokój. Chociaż większość podarków pod choinkę mam już kupionych wcześniej, bo nie cierpię robić tego typu zakupów na ostatnią chwilę. Obłęd w oczach klientów biegających w tych dniach po sklepach zdecydowanie mi przeszkadza. A co gorsza czasami się udziela. 
Swoją drogą zastanawia mnie skąd tyle szumu wokół kryzysu, skoro pod centrami handlowymi nie ma gdzie zaparkować i nie mówię tylko o weekendzie, ale także o dniach powszednich, kiedy przynajmniej teoretycznie ludzie są w pracy. Wszyscy pracują w domu, tak jak ja i mogą wyjść na zakupy w ciągu dnia?

Dawno już skończyłam sweter z Merino Dropsa, chyba 7 motków poszło, ale nie jestem pewna.  Miał nawet swoją premierę na listopadowym spotkaniu robótkowym i bardzo się spodobał. Nie miałam jakoś czasu, żeby zrobić mu sesję, ale ostatnio przy okazji oddawania otulacza udało mi się go sfotografować na manekinie u koleżanki w pracowni krawieckiej. Zdjęcia zdecydowanie nie oddają jego urody, bo lepiej wygląda "z wypełniaczem" i w dodatku wygląda tu jakoś na pomięty :(


Robiłam go od dołu, na rękawy nabrałam oczka prowizoryczne, później robiłam francuzem część zwaną yoke z ankielska, a po polsku nie wiem (ktoś wie i mi powie?). A później z prowizorycznych nabrałam oczka na rękawy i robiłam je od góry, zamykając tak jak przy dekolcie.
Wymyśliłam sobie to zamknięcie oczek na dekolcie i przy rękawach troszkę inne. Wygląda tak pomiędzy mereżką a oczkami rakowymi. Lekko jest taliowany, ale muszę podkreślić, że włóczka jest jakby elastyczna i chyba nawet bez tego układałby się dobrze. 


A propos "yoke". Nie władam językiem angielskim zbyt dobrze, chociaż radzę sobie. Żeby było śmiesznie, to lepiej rozumiem opisy dzianin po angielsku, niż po francusku, którym to językiem władam nie najgorzej. A już opisów wzorów po polsku - często nie rozumiem! I bądź tu człowieku mądry...

piątek, 14 grudnia 2012

Zachodnie cacko


Otulacz czy jak to się nazywa, skończony. Pani zadowolona, ja też. Wiem już, że nie przepadam za robieniem dla kogoś na zamówienie, jeśli nie mogę się wykazać całkowitą swobodą.


Ten wyrób powstał na podstawie gotowego z firmy Jackpot. Oryginał był wykonany z mieszanki bawełny i wełny i ważył ok. 0,5 kg, był zatem ciężki, ale ładnie się układał. Mój jest zdecydowanie cieplejszy i lżejszy. Powstał z 5 motków Alta Moda Alpaca kolor nr 10 firmy Lana Grossa. Przy użyciu drutów KP 4,5 (pechowych, jak pisałam w poprzednim poście). Zachodnie cacko, tanie nie jest!
Włóczka świetna, bardzo przyjemnie się z niej robi. Zdjęcie nie oddaje całej urody niestety.

Kupiłam dzisiaj nowe druty :), tym razem metalowe oraz dokupiłam alpakę Dropsa - promocja się kończy, a ja zarobiłam na włóczki :).

środa, 12 grudnia 2012

Taka fajna data

Uff, udało się, zdążyłam! Przy takiej fajnej i wyjątkowej dacie nic nie napisać? Jakże to!

Chociaż stała się rzecz niefajna.


To jest złamany w trakcie robienia akrylowy drut KP 4,5...
No nie wiem, jak można dokonać tego i czy innym koleżankom-dziewiarkom się to też przydarzyło. Ja to po prostu zdolna jestem. I silna!
Ale to wcale nie było śmieszne, bo akurat miałam na ukończeniu otulacz czy też ocieplacz, nie wiem jak się takie coś nazywa. W każdym razie to coś było na zamówienie robione, pierwsze od bardzo, bardzo dawna. I dokończyłam przy pomocy jednego tzw. krótkiego. Wygodnie nie było, ale dałam radę. Zostało mi tylko zszycie, ale to jutro. Zrobię zdjęcia, obiecuję.
Swoją drogą, nie lubię niczego robić pod presją czasu...

środa, 28 listopada 2012

Poza pasją dziergania wpadłam w pasję czytania blogów o kosmetykach, szczególnie naturalnych i tych, które można wykonać samemu. Oczywiście zakupiłam już sobie trochę produktów i półproduktów, które teraz testuję na sobie. Na razie z bardzo zachęcającymi efektami. Szczególnie jestem pod wrażeniem metody OCM, po której moja buzia wygląda rzeczywiście lepiej. Ukłony dla Brahdelt, bo u niej czytałam o tym pierwszy raz. Eksperymentuję też nieco z włosami, na efekty trzeba czekać, a szkoda... Cierpliwość nie jest moją mocną stroną.

Czytając te blogi przypomniała mi się pewna rozmowa z Panią Kosmetyczką, jaką odbyłam wiele, oj wiele lat temu. Jako osoba nielubiąca smarować się czymkolwiek (i to się musi zmienić!) w celu zrobienia czegoś dla swojej wybitnej urody raz na jakiś czas odwiedzam świątynie piękna, czyli gabinety kosmetyczne. Najbardziej z tego lubię masaż twarzy i dekoltu, od razu chcę się z kosmetyczką ożenić :) Pozostałe czynności przyjmuję z godnością. No ale do rzeczy. Pani Kosmetyczka zapytała mnie wówczas, jakiego kremu używam, więc z rozbrajającą szczerością odpowiedziałam, że - nie używam. Pani  Kosmetyczka pominęła wymownym milczeniem moją odpowiedź, ale zrozumiałam, że trzeba. W trakcie późniejszych rozmówek babsko-babskich w przerwie między jakimiś zajęciami usłyszałam niezwykle pochlebną opinię o kremie pietruszkowym z Ziaji. Że świetnie działa na cienie pod oczami, że przyjemny w konsystencji, że tani... Wtedy kosztował ok. 5 zł. Kupiłam, czasami używałam jeśli sobie przypomniałam. Po jakimś czasie znów byłam u Pani Kosmetyczki i triumfalnie obwieściłam jej, że już używam kremu pod oczy! A jakiego? - zainteresowała się Pani. No to jej z entuzjazmem opowiedziałam, że świetni, że taki i owaki i 5 zł kosztuje... I tu znów zapadło wymowne milczenie. Po kilku chwilach pełnych napięcia, Pani Kosmetyczka mówi do mnie tak: Ktoś ten krem wyprodukował, zapakował w opakowanie, wysłał do dystrybucji, ktoś sprzedał i każdy musiał zarobić. Więc co jest w tym kremie?
No i mnie wzięło wtedy na przemyślenia, że może faktycznie niewiele...
Ale teraz jak sobie poczytałam, to wiem, że można mieć dobry krem za 5 zł.
A Ziaję lubię, używam i tego się będę trzymać!


poniedziałek, 26 listopada 2012

Powinnam się skupić, dokończyć rozpoczęte robótki (Cleopatra wciąż czeka na litość!) i nie myśleć nawet o nowych. W kolejce (czytaj w robocie) aktualnie szal Dew Drops z tęczowej estońskiej, spódnica ze skarpetkowych, sweterek z cekinami oraz dalszy ciąg szydełkowych kwadratów do kompletu z poduszką, których stan przyrasta powoli, ale jednak.


Jeszcze nie wiem dokładnie, co z tego powstanie, ale tym razem to będzie coś większego od poduszki.


Przy fotografowaniu dzielnie towarzyszył mi Pan Kot. 




Pan Kot jest strasznie ciekawski i zawsze musi sprawdzić, co takiego robię. Szczególnie lubi przyleźć, kiedy robię makijaż. A ostatnio go przyłapałam na gapieniu się w lusterko... Może on jednak też maluje oczy i stąd te perfekcyjne kreseczki? 

sobota, 24 listopada 2012

Dostałam wyróżnienie od Anyi. To miłe, bardzo dziękuję.


Zasady wyróżnienia są następujące:
„Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę" Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

To moje pierwsze wyróżnienie i niestety zachowam się pewnie niewłaściwie, ale kogo mam nominować? Blogi, które odwiedzam mają dość dużą oglądalność i oglądam je właśnie dlatego, że mi się podobają, więc nie mogę się zastosować do reguły "rozpowszechniania " mniej oglądalnych. Obawiam się więc, że nie dokonam kolejnych nominacji. Ale na pytania oczywiście odpowiadam.

1. Ranny ptaszek czy nocny marek? Marek, Marek, Marek :)
2. Blask księżyca czy światło słońca? Światło słońca, ale nie za dużo.
3. Kolorowo czy klasycznie? Klasycznie.
4. Cenię ludzi za ich... Za lojalność i uczciwość.
5. Lubię chodzić do... Nie mam takiego miejsca. Lubię spotykać się z ciekawymi ludźmi, obojętnie gdzie.
6. Marzę o podróży do... Jest wiele takich miejsc - Norwegia, Peru, Portugalia, Nowa Zelandia i wiele innych miejsc. Lubię podróże, ale mało jeżdżę :(
7. Największym moim sukcesem jest... to, że patrzę sobie w oczy spokojnie.
8. Koncert czy dyskoteka? Zdecydowanie koncert. Najlepiej jazzowy. Uwielbiam.
9. Piękne spojrzenie czy czarujący uśmiech? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Uśmiechy bywają fałszywe, spojrzenie wiele mówi. Chyba jednak spojrzenie.
10. Na rozgrzanie gorąca czekolada czy herbata z cytrynką? Wolałabym czekoladę, ale wybieram herbatę.
11. Kiedy jestem sobą... Jestem sobą zawsze. Bardzo źle się czuję, kiedy coś muszę udawać.

piątek, 23 listopada 2012

Zaległości


Bardzo dawno mnie tu nie było, co wcale nie oznacza, że się nie interesowałam, nie zaglądałam, nie podziwiałam itd. Po prostu mnie niemoc trzymała fizyczna i przez to też trochę psychiczna. Dwa tygodnie już minęły od spotkania w e-dziewiarce, gdzie jak zwykle było przesympatycznie. Zaprezentowałam na nim nową chustę - z Lana Groosa Magico II Meilenweit 3513. Wzór Prism Shawl. Włóczka bardzo przyjemna w robieniu, polecam zdecydowanie. Wystarczył jeden motek, chociaż jak pokazywałam wcześniej zabrakło mi może 1 metra :) Jakoś jednak ukończyłam.

                       

Spotkanie było w przededniu moich urodzin, więc oczywiście mimo deklaracji, że nic nie kupię... No ale kiedy wejdzie się do takiego raju...



Myślę, że znajdę trochę zrozumienia u niektórych :)
Naoglądałam się w sklepach cekinowych sweterków i oczywiście zapragnęłam mieć własny, więc dzielnie dziergam. Doszłam do rękawów, których robić nie lubię i tu mnie trochę przystopowało. Ale muszę szybko skończyć, bo dostałam zamówienie na podobny sweterek. Effcia zrobiła cekinowy komin i obiecałam, że pokażę, jak wygląda to zestawienie włóczek z cekinami. Zrobiłam zdjęcie, ale w sztucznym świetle, na zaprzyjaźnionym manekinie, a że sweter czarny, to ciężko pokazać. Zdecydowanie lepiej wygląda to u Bogaczki, bo to jej pomysł połączenia tych włóczek i na swoim blogu czapkę z tego wykonaną prezentuje. Ale jak obiecałam, to pokazuję fragmencik. Cekiny nie są takie kolorowe, wyglądają naprawdę fajnie. Jak skończę, to spróbuję zdjęcia na zewnątrz zrobić.


wtorek, 30 października 2012

Wczoraj znów prześladował mnie zdrowotny pech. Po kilku latach nieobecności dopadła mnie neuralgia międzyżebrowa. Nazwa brzmi jakoś tak dostojnie, ale prawdę mówiąc nie ma w niej nic przyjemnego. Leżałam jak kłoda cały dzień...

Ale dzięki temu miałam baaaardzo dużo czasu na grzebanie w internecie. Zapisałam się już jakiś czas temu na rozdawajkę u Myszopticy, której blogowi stuknęło 4 lata! Żeby wziąć udział trzeba wejść na jej stronę - Zagroda dla wełnistych - a na niej dalsze instrukcje. A do wylosowania nie byle co!


zdjęcie ze strony Myszopticy

Kolory absolutnie moje, więc fajnie byłoby wylosować, ale jakoś mi ostatnio szczęście w niczym nie dopisuje. Ale komuś się uda na pewno :)

Przeglądałam całą masę blogów dla odmiany kosmetycznych. Boże, ile tego jest! Niektóre dziewczyny wykonują naprawdę kawał dobrej roboty. Ja nie jestem maniaczką kosmetyków pielęgnacyjnych, nie jestem też zupełnie konsekwentna w tej dziedzinie, ale metryka i odbicie w lustrze sugerują, że może powinnam się troszkę sobą zająć. Poznałam wczoraj bardzo dużo sposobów pielęgnacji, o których nie miałam bladego pojęcia. Bardzo zainteresował mnie temat samodzielnego przygotowywania kosmetyków. Z pewnością w najbliższym czasie spróbuję zrobić sobie jakieś serum z kwasem hialuronowym. No i koniecznie kupię olejek z drzewa herbacianego, którego działanie bardzo odpowiada moim potrzebom. Ciekawi mnie także olejowanie włosów, bo mam bardzo, bardzo zniszczone. Ale tu nie jestem pewna, czy dam radę, ponieważ żeby były efekty trzeba troszkę tych olejów powcierać. Bardzo zachęcająco brzmi też metoda OCM, o której czytałam już wcześniej u Brahdelt, ale dopiero teraz poszperałam więcej. Ponieważ jestem osobą, która bez makijażu nie wyjdzie do ludzi, zainteresowały mnie też podkłady i pudry mineralne oraz kremy BB. Tu jednak przydałby się sklep stacjonarny, żeby dobrać kolor, więc nie wiem czy się zdecyduję. Oczywiście można zamówić próbki, ale nie wychodzi to zbyt korzystnie cenowo, niestety. A ja ze względu na nieprzewidziane wydatki muszę troszkę przystopować z zakupami dokonywanymi dla przyjemności, a nie z konieczności.




niedziela, 28 października 2012

Pogoda wczoraj była taka, że niechętnie wyglądałam nawet przez okno. Ale musiałam wstać rano i pójść do dentysty. No i dzień do d... Na dłuższy czas pożegnam się z zakupami nie tylko włóczkowymi. Szlag mnie trafia, że nie mogę zęba wyleczyć z płaconego przeze mnie bądź co bądź ubezpieczenia zdrowotnego. Planowany zakup lodówki, na którą zarobiłam podczas pamiętnego wyjazdu, podczas którego zwiedzałam galerie handlowe, oddala się na bliżej nieokreślony czas. W dodatku ząb był już leczony jakiś czas temu, ale zdaje się nie został wyleczony. A teraz to po prostu masakra... I żeby było jasne lęk przed dentystą jest u mnie chyba zaraz za pająkiem, który jest na pierwszym miejscu.

Siedziałam więc w tych obrzydliwych okolicznościach przyrody w domu, starając się nie myśleć o tych niemiłych rzeczach. Trochę mi w tym pomagał Peter Gabriel i jego nowa płyta "New Blood", która ukazała się 10 października. Są na niej znane mi już utwory w orkiestrowej interpretacji i na razie nie mogę się zdecydować, który najbardziej mi się podoba. Każdy utwór działa jak balsam na moją zbolałą duszę. Swoją drogą bardzo żałuję, że nie byłam na koncercie w Oświęcimiu, bo bardzo chciałam...

W tematach robótkowych - zabrakło mi kilkunastu centymetrów włóczki, żeby skończyć chustę... Wygląda to tak:


Zdjęcie zrobione byle jak, przy sztucznym i kiepskim świetle, byle tylko pokazać co mi się przytrafiło. Jakoś sobie oczywiście poradzę, no ale to prawdziwa złośliwość losu!

A Cleopatra dalej nie zeszyta... Zabrałam się już nawet raz za nią i uczyłam się dzielnie tego kitchenera, czy jak mu tam. Ale z zapału nie wzięłam pod uwagę wzoru i tego, że musi się jedna część z drugą zgadzać. No i jak skończyłam to się okazało, że jest przesunięcie. Sprułam, odłożyłam i czeka wraz z kilkoma innymi... Chyba jednak cierpliwość nie jest moją mocną stroną.



niedziela, 21 października 2012

Płoną góry, płoną lasy...

Kocham jesień. Nie tylko tą złotą, choć oczywiście ta jest najpiękniejsza, najbardziej kolorowa i malownicza.


Dlatego korzystając z pięknej, zupełnie nie jesiennej pogody pojechaliśmy do Szklarskiej Poręby. Wczoraj wykończyliśmy się dość długą wycieczką w góry, byliśmy w moich ukochanych Śnieżnych Kotłach.



Dziś nogi mnie bolały, więc wielkich spacerów, ani biegania nie było. Tylko spacer. Ale jaki! Moja trasa biegowa dosłownie zapłonęła od barw. Oczu nie mogłam oderwać! Więc na pamiątkę uwieczniłam, żeby móc wrócić do tych obrazów.









środa, 17 października 2012

Na miarę potrzeb

Bardzo dziękuję za pochwały mojej poduszki. Bardzo ją lubię i jest być może częścią większego pomysłu, ale kiedy powstanie reszta - nie wiem.

Ale teraz proszę bardzo, oto pierwsze zrobione przeze mnie skarpetki!


Wypróbowane, cieplutkie i w sam raz. Generalnie skarpetki nie są mi jakoś niezwykle potrzebne, ale na pewno się przydadzą. I mogą być sympatycznym prezentem!

Bardzo dziękuję Malguni za pokazanie mi początku i zmotywowanie mnie do  podjęcia próby ich wykonania. Okazało się to całkiem nieskomplikowane. Pogrzebałam trochę w internecie i znalazłam wiele mniej lub bardziej skomplikowanych sposobów wykonania pięty. Ostatecznie zrobiłam to rzędami skróconymi, ale zupełnie nie tak, jak widziałam na filmach. Otóż jak już zaczęłam robić piętę, zostawiałam ostatnie oczko, nie owijałam nitką tylko zawracałam nie odwracając robótki dalej robiąc prawe, ale od lewej do prawej. Nie wiem dlaczego tak sobie to wymyśliłam, ale było mi jakoś łatwiej. Później jak już dobierałam te zostawione ostatnie, to nabierałam też oczko poniżej i przerabiałam je razem z tym zostawionym. Czy ktoś coś zrozumiał?


poniedziałek, 15 października 2012

Prawda czasem boli

W sobotę gościnna e-dziewiarka czyli Mariola gościła u siebie bandę maniaczek, które miziały motki, wzdychały twierdząc, że motki do nich przemawiają i nabywały kolejne zapasy do przerobu. Te maniaczki mają za sobą doświadczenia, którymi chętnie się dzielą, więc będąc w dalhiowej rozpaczy poprosiłam o pomoc, wsparcie, radę - jak zwał tak zwał. Zdania były podzielone, ale przeważyły jednak te, że zwłoka Dahlii należy spruć, najważniejszy element czyli kwiatek wykorzystać w inny sposób. Jaki? Jeszcze nie wiem. Ale mimo moich wielkich oczekiwań, ten model nie jest chyba dla mnie. Wiem, że nie będę tego nosić w takiej formie, więc dam sobie spokój i do szafy robić nie będę.
Spotkanie zaowocowało także nową dla mnie umiejętnością, którą na razie z zapałem ćwiczę - robieniem skarpetek od palców magic loopem! Doszłam już do pięty, której sposób wykonania niestety nie został mi ujawniony w czasie spotkania, więc dziś przeszukiwałam internet. Chyba jestem mało rozgarnięta, bo jakoś nie mogłam do końca wszystkiego pojąć. W końcu opracowałam własną choć inspirowaną metodę. Jaki będzie efekt pokażę, jak skończę i wtedy wyjaśnię co i jak. Na razie pokazuję to, co jest.


Przy okazji zrobiłam zdjęcie poduszki wykonanej z chęci osiągnięcia jakiegokolwiek sukcesu rękodzielniczego. Prawda, że ładna?

środa, 3 października 2012

Cleopatra teoretycznie skończona. Skończona, ale (zawsze jest jakieś "ale") trzeba ją wykończyć tj. połączyć border z resztą magicznym kitchenerem, a ja jeszcze nigdy tego nie robiłam. Oczywiście prześledziłam kilka tutoriali, ale co innego oglądać, a co innego zrobić. O Dahlii na razie nie chcę nic mówić. Kolejne włóczki czekają i mam już nawet kilka pomysłów.

Zrobiłam w końcu zdjęcie ponad miesiąc temu skończonego Kelebka vel Motylka. Mimo że czarny, to kolorowy. Jest noszony często, bardzo go lubię i mój jest jakiś taki.

piątek, 28 września 2012

Dość nietypowo...

Boli mnie dziś bardzo głowa, więc trochę poleguję, trochę podsypiam. Chciałam też trochę poczytać moje ulubione blogi, zajrzałam więc najpierw do Marii Czubaszek, a później na pokrewny blog Bronisława. Przeczytałam ten wpis "klik", uśmiałam się, sprawdziłam u źródła "klik" I mnie zatkało. Nie mogłam uwierzyć, ale się naocznie przekonałam. Efekt PR został faktycznie osiągnięty. Dość nietypowo... O bólu głowy na chwilę zapomniałam.

Uzupełniam.

Czytam dalej i na stronie www.garancedore.fr, która jest także poniekąd blogiem w linkowanym poście autorka pisze o tatuażach (to dla tych, co nie władają językiem francuskim). Otóż ponoć w Nowym Jorku ma go większość kobiet (zapewne chodzi o młode kobiety). A faceci, którzy go nie mają wzbudzają zdziwienie. I nie mają tam problemu typu "czy przyjmą mnie do pracy", "jak to będzie wyglądać na starość". I to jest ponoć wolność. A w Japonii (tu pewnie ma więcej do powiedzenia Brahdelt) nie można z tatuażem wejść na basen, na plażę i są zabronione w wielu miejscach publicznych. Osobiście nie lubię przesady w żadną stronę. Nie lubię też tatuaży ogólnie. Choć widziałam takie, które uznaję za ładne. Gdyby były na chwilę. Ale nie są. Mój syn ma tatuaż...

Może jeszcze coś dopiszę? Głowa boli mnie już mniej.

wtorek, 25 września 2012

Eeechhh... - wzdycham. Hmmm... - wyrażam wątpliwość. Wrrr - jestem wkurzona.
Dobrnęłam do końca "korpusowej" części Dahlii i jestem w zmiennym nastroju, na skraju rozpaczy i wściekłości. Mój wymarzony sweterek na tym etapie nie przypomina tego, czym miał być. Tego, co widziałam na tylu zdjęciach i co już widziałam w marzeniach na własnym grzbiecie. Tego, co miało wzbudzić uzasadnioną zazdrość niedziergających i dziergających koleżanek.
Brzegi się zwijają niemiłosiernie. Wiem, że po blokowaniu może się to zmienić, ale zaczynam przypuszczać, że źle dobrałam włóczkę do projektu. Może alpaka jest po prostu za mało lejąca? W oryginalnym przepisie na sweterek włóczka to baby alpaca 60% i 40% bawełna. No nie wiem.
Przymierzyłam bez rękawów, bez prania, blokowania i prasowania i nie po-do-ba mi się! Cycki mam za duże! Jestem za gruba! Nie układa się!
Nie wiem czy mam robić rękawy i próbować sztuczek, czy też pruć i zrobić jakiś zwyczajny kardigan, co tylko będzie zachwycał kolorem i włóczką, która kosztowała mnie kupę kasy, a po pruciu już nie będzie zapewne taka ładna. Cholera jasna, wrrr... hmmm...

czwartek, 20 września 2012

Tak już mam (po mamie), że robię zapasy "na zimę". Nie wiem właściwie dlaczego odczuwam od późnego lata taki imperatyw, ale tak jest i już. Biorąc pod uwagę, że moja rodzina choć teoretycznie się nie zmniejszyła ilościowo, to jednak jakby gotuję mniej, bo chłopaków ciągle nie ma, to nie wiem czy to ma sens. No ale ograniczając się zrobiłam jednak kilka słoików malin do herbaty - i tu warto zaznaczyć, że herbaty prawie nie piję. Zrobiłam też moje ukochane buraczki z papryką i tym się podzielę ze światem, bo są warte upowszechniania. Tym bardziej, że mimo iż dwie firmy robią takowe to jednak przeważają w nich buraczki, a cena jakby o tym nie świadczy. A robi się je banalnie prosto i nawet kompletna noga da sobie radę z pewnością.
No to się dzielę:


Potrzebujemy:
10 buraków - ugotować albo upiec, a następnie pokroić "na zapałkę" - ważne - nie ucierać, nie rozdrabniać w malakserze, tylko właśnie pokroić "na zapałkę". Próbowałam z lenistwa zrobić kiedyś inaczej i niestety odbiło się to na walorach smakowych.

6 cebul i 6 papryk - pokroić (osobno), posolić porządnie (ale bez przesady), zostawić na noc. Odsączyć, odcisnąć.

Z 1 szklanki cukru (250 ml), 1 szklanki oleju, 1/2 szklanki octu + 3-4 goździki (ja daję z 7, bo lubię), pieprz, listek laurowy (2-3), ziele angielskie (kilka ziaren) zagotować syrop.

Do gotującego się syropu wrzucić wszystkie jarzyny, chwilę razem pogotować mieszając. Gorące do słoików, można chwilę pasteryzować (ale niekoniecznie), odwrócić dupskiem do góry i cześć. Uwielbiam!

wtorek, 18 września 2012

Jak pisałam w poprzednim poście, robię wymarzony przeze mnie sweter Dalhia Cardigan. Zrobiłam już nawet sporo, bo jakby jest to aktualnie mój priorytet. Ale...
No właśnie. Dlaczego zawsze musi być jakieś "ale"? Dlaczego kiedy oglądam udziergi moich wirtualnych koleżanek, to są one zachwycające, pięknie wykończone, oczka układają się pięknie i równo itp. A jak ja robię, to zawsze widzę jakieś "ale" i chwilami tracę entuzjazm? Może nie umiem i trzeba sobie dać spokój? No ale jak to, dlaczego?

Pierwsze "ale" pojawiło się, kiedy skończyłam prawy przód. Całość kardiganu jest wykończona ryżem i właśnie ten ryż przyprawia mnie o nerwowe kołatanie serca. Bo się cholera jasna wywija!


Drugie "ale" pojawiło się, kiedy zaczęłam łączyć (czyli zszywać niestety) ten charakterystyczny motyw na plecach z górą i dołem pleców. Nie cierpię łączyć, zszywać itp. dzianiny. I pewnie dlatego, że tego nie cierpię, to mi to nie wychodzi, albo co? Marszczy się, choć niby równo i prosto. Korci, żeby przeprasować, ale tego nie zrobię, bo się boję. 


Kolor poprawiłam nieco, żeby był bliższy oryginału, bo na tym pierwszym zdjęciu ma się nijak do rzeczywistości. Teraz za to stół mam zielony :), a nie jest. No ale nie chodzi mi przecież o kolor swetra, ani stołu! Chodzi o to, że się wije. I nie wiem czy robić dalej - teraz muszę połączyć to i dalej robić razem - licząc na to, że po praniu i blokowaniu się ułoży, czy też zszywać od nową - co mnie nie pociąga nic a nic.

Swoją drogą to ten odkładany przeze mnie projekt, którego tak się bałam, okazał się w sumie nie taki trudny. Pomijając oczywiście te obawy, o których wyżej. Miał ktoś takie problemy? Znajdzie się ktoś, kto mnie pocieszy i otuchy doda?

Z tych nerwów robię dalej Cleopatrę, ale zdjęć nie robię na razie, bo wygląda jeszcze szmatławo.

Ale pokażę zdjęcie kwiatka! W marcu na dzień kobiet od synka dostałam, dawno przekwitł, aż tu nagle - zakwitł! Pierwszy raz w życiu storczyk zakwitł mi po raz drugi! Znaczy się szczerze dany :)


Kwitnie mi jeszcze jeden, dostałam w lipcu na imieniny od życzliwej mi najwyraźniej osoby.




środa, 12 września 2012

Trafiło mi się takie dodatkowe zlecenie polegające na objechaniu południa naszej pięknej ojczyzny i wykonania tzw. audytu w placówkach zajmujących się sprzedażą czegoś tam, dla jakiejś tam firmy. Ponieważ mam dość skomplikowaną sytuację życiowo-finansową zlecenia się podjęłam ochoczo, bo muszę kupić lodówkę i ten planowany zakup przyprawia mnie o zawroty głowy. Nie wiem, co sobie myślałam uważając, że wystarczy mi na wykonanie zadania 4, no a już maksymalnie 5 dni. Musiałam odwiedzić 95 placówek. Zaczęłam oczywiście od Wrocławia, ale byłam też w: Oławie, Brzegu, Nysie, Opolu, Raciborzu, Katowicach, Gliwicach, Bytomiu, Zabrzu, Czeladzi, Chorzowie, Tychach, Żorach, Tarnowskich Górach, Dąbrowie Górniczej, Rudzie Śląskiej, Rybniku, Sosnowcu, Chrzanowie, Krakowie, Myślenicach, Nowym Targu, Nowym Sączu, Jaśle, Krośnie, Przemyślu, Rzeszowie, Dębicy, Tarnowie, Bochni, Suchej Beskidzkiej, Żywcu, Jastrzębiu Zdroju, Częstochowie, Wałbrzychu, Szczawnie Zdroju, Bielawie, Świdnicy... Chyba niczego nie pominęłam. Zajęło mi to oczywiście więcej czasu niż zakładałam, przejechałam ponad 2000 km, ale się udało. Nie byłam sama, był ze mną Mężczyzna Z Którym Mieszkam (zwany dalej M). "Zwiedzanie" galerii handlowych nie jest moją pasją. Natomiast inni chyba to lubią, bo wszędzie było pełno ludzi. To dziwne w dobie (podobno) kryzysu.

W międzyczasie musieliśmy oczywiście nocować i było z tym trochę śmiechu.  Ponieważ nie wiedziałam w jakiej miejscowości będziemy spać, niczego nie planowałam, bo zależało to od tego gdzie nas zastanie noc. Pierwszą noc spędziliśmy w Rudzie Śląskiej. Byłam zmęczona, zdenerwowana, a raczej wyprowadzona z równowagi Górnym Śląskiem, oznakowaniem miast oraz tym, że miasta tam przechodzą jedno w drugie w taki sposób, że po jednej stronie ulicy jest miasto A, a po drugiej miasto B. Więc oczywiście źle zaplanowałam to wszystko, bo zamiast wpisać w mapkę wszystkie punkty na Górnym Śląsku i jakoś logicznie ułożyć tę trasę, wydrukowałam sobie trasę miastami i punktami w tych miastach. W większości było po jednym punkcie w mniejszym mieście. Do tego roboty drogowe, pani z GPS, która cały czas w związku z tym obliczała trasę ponownie. Miałam dość. Po przybliżeniu mojego nastroju, wracam do noclegu. Otóż miało być tanio, bo to w końcu nie wakacje były. Jak tanio, to nie oczekuje się luksusów. Znaleźliśmy jakiś hostel w internecie, dokonaliśmy rezerwacji telefonicznie i pani z GPS zaprowadziła, dodam że okrężną drogą, bo były objazdy. Podjeżdżamy pod hostel - jednopiętrowy barak na terenie jakiejś bazy transportowo-budowlanej, teren oświetlony latarnią, na zewnętrznych schodkach kilku ogolonych półgołych facetów pijących piwo. Hmm... Miało być tanio, niekoniecznie luksusowo, ale... Spojrzeliśmy na siebie z lekką obawą i brakiem decyzji co do tego, czy już stąd idziemy, czy jeszcze nie. Zastukaliśmy do drzwi z napisem "Biuro" - na szczęście nikt nie otworzył. Ufff! Okazało się, że to nie ten hostel! "Nasz" był na tym samym terenie, również nastawiony na robotników budowlanych, ale w miarę przyzwoity i czysty. Daliśmy radę.
Ale przy okazji miałam takie przemyślenie, że gdybym była sama, to musiałabym spać w droższym miejscu, bo sama w życiu bym tam nie nocowała. I bądź tu dzielną kobietą! Takie tanie noclegi w miastach są zazwyczaj mocno szemrane. Podkreślam, że w miastach, bo na terenach turystycznych można znaleźć nocleg w agroturystyce za małe pieniądze i w sympatycznych przynajmniej warunkach. Czego również doświadczyliśmy w okolicach Nowego Sącza.
Widok na stajnię z efektownymi dekoracjami
Tamże spędziliśmy niedzielę, bo niestety okazało się, że musimy czekać do poniedziałku, bo w niedzielę punkt objęty audytem jest nieczynny. Pech. Ale za to przespacerowaliśmy się trasą (mocno pod górę), przygotowaną jako coś w rodzaju tajemnic różańca, a później drogi krzyżowej. Przygotował to jakiś ksiądz na pamiątkę którejś rocznicy swojego kapłaństwa i wszystko byłoby dobrze, gdyby na końcu nie umieścił swojej podobizny w kapliczce. Całość stała się dla mnie egzemplifikacją ludzkiej pychy. Ale poszczególne kapliczki były jedyne w swoim rodzaju.
Przykład kapliczki - zwracam uwagę na aniołki!
I jeszcze jedna
No i ta z portretem księdza...
Ksiądz uwiecznił się także na większej kapliczce
Na szczycie poza kapliczką były także spore ilości jeżyn - bardzo dawno ich nie jadłam w takich ilościach, mniam.

Przejeżdżaliśmy jak błyskawice przez Przemyśl, który mnie zachwycił. Z pewnością tam wrócę, bo zaskoczona byłam, jakie to piękne miasto. Podobał mi się także i również mnie zaskoczył, Tarnów. Nie byłam tam wcześniej i stwierdzam, że to urokliwe miasto.

Widok na Rynek (i piękny księżyc)
Za to Częstochowa pokazała mi chyba swoje najgorsze oblicze - mówię tu z punktu widzenia osoby, która nie przyjechała tam zwiedzać, a jedynie załatwić sprawę i wyjechać. Koszmar - korki niczym chyba nie uzasadnione, bałagan ogólny i jakaś taka prowincjonalność (w złym znaczeniu). Miasto wygląda jakby nie miało gospodarza. A turystów tam zdaje się trochę przyjeżdża i to z całego świata. Co na własne oczy widziałam, bo na koniec poszliśmy jeszcze zobaczyć Jasną Górę.

A po powrocie miałam oczywiście masę pracy, nadrabiania różnych zaległości i zdecydowanie brak czasu na cokolwiek.

Przemyślenia mam też takie, że jest jeszcze mnóstwo miejsc, w których nie byłam, a być warto. Przy kolejnym tego typu zleceniu postaram się mieć trochę więcej czasu na realizację, żebym mogła się zatrzymać i zobaczyć to, co mijam lub mam w pobliżu.

W sobotę tydzień temu byłam natomiast na comiesięcznym spotkaniu w e-dziewiarce. Ubrałam skończony Kelebek czyli Motylka, ale musi jak zwykle poczekać na zdjęcia. Zresztą mam więcej zdjęć do zrobienia tylko ciągle mi coś staje na przeszkodzie. Na spotkaniu poznałam nowe, sympatyczne osoby. Spotkałam równie sympatyczne znane mi wcześniej koleżanki. No i poza Filisilkiem na szal (pierwszy motek od przyjaciółki mi się skończył), nabyłam alpakę Dropsa na długo oczekiwaną przeze mnie Dalhię. I Dalhia rośnie, strasznie mnie ciekawi jaka będzie. To pierwszy projekt, jaki robię w miarę trzymając się czyjegoś wzoru.

Przypadkiem zmieniłam coś w ustawieniach bloga i teraz nie wiem, jak zrobić ramkę do zdjęć... Hmm, może mi ktoś pomóc?

wtorek, 28 sierpnia 2012

Jestem w nieoczekiwanej, nagłej trasie po południu naszego kraju. Zwiedzam galerie... handlowe. Nie mam właściwie dostępu do internetu, więc czuję się trochę odcięta od świata. Chwilami nie wiem, w jakim mieście aktualnie się znajduję. Nie nadaję się na komiwojażera, to pewne. Będę miała jednak zapewne o czym pisać, bo obserwacji rzeczywistości  sporo.

Cleopatra rośnie między jednym miastem a drugim, bo ja nie jestem tym razem kierowcą.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Dziś znowu nie będzie włóczkowo, bo nie mam czasu zrobić zdjęć, choć Cleopatra powoli rośnie, a Motylek prawie skończony.

Mój całkiem nowy zwyczaj czytania blogów zaowocował zmianami u mnie. Przeczytałam od deski do deski blog Brahdelt i oprócz oczywistego zainteresowania jej włóczkowaniem, zwróciłam też uwagę na wpisy dotyczące włosów i jej związanych z tym poczynań. Podziwiam konsekwencję (ta nie jest moją mocną stroną) w piciu ziółek i drożdży. To co mnie zainteresowało i skłoniło do szperania po innych stronach w necie, to informacje o składzie kosmetyków, w tym przypadku szamponów itp. I tak udałam się do Rossemana i kupiłam serię Alterra (chyba granat z aloesem), którą zachwalała nie tylko Brahdelt, ale też inne dziewczyny. Muszę przyznać, że nigdy nie kupowałam kosmetyków robionych na wyłączność jakiejś sieci, a taka zdaje się jest Alterra. No i był to błąd. Rzeczywiście to bardzo dobre produkty i dawno nie byłam tak zadowolona z zakupu. Nie lubię zmian i jak się przyzwyczaję do czegoś, to ciężko mi zmienić. Testować na własnej skórze nie bardzo lubię, bo jak mi nie pasuje coś, to leży i się kurzy, a później wyrzuca się... Ale tylko krowa nie zmienia poglądów i ja dlatego spróbowałam tego, co inni uważają za dobre. Kupiłam też żel pod prysznic, do mycia rąk i piling tej firmy. Ładnie pachną, ale to kwestia gustu.

Nie jestem kosmetykową maniaczką. Kremów używam, jak sobie przypomnę, że trzeba. Podobnie z balsamami do ciała, choć tu przypomina mi skóra. Lubię kosmetyki kolorowe, ale najczęściej ograniczam się do fluidu, tuszu do rzęs i niewielkiej ilości mojego ukochanego szarego cienia Shiseido, który niestety mi się powoli kończy. O perfumach za to mogę godzinami, bo uwielbiam...


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Ufff...
To nie jest westchnienie ulgi.
Wręcz przeciwnie.
Jest tak gorąco, że oczy wychodzą na wierzch. Nie cierpię upałów, źle je znoszę i niemoc mnie ogarnia. Wróciłam do domu, co nie wzbudza mojego entuzjazmu przy tej pogodzie, choć w mieszkaniu mam w miarę chłodno. Myślę tu o pokojach, bo w kuchni niestety słońce świeci ok. południa i przy tej pogodzie jest tam nie do wytrzymania. Ugotowanie czegokolwiek to lekki koszmarek. Nawet jeśli są to kurki - makaron z kurkami jak dziś.

Przy okazji upałów obserwowałam dzisiaj zjawisko, które wkurza mnie bardzo - faceci chodzący po mieście bez koszuli, z gołym torsem. Nawet jeśli ten tors jest niczego sobie, to chyba jednak przesada. Obserwowałam to zjawisko dzisiaj w centrum miasta oraz w dzielnicy nazwijmy to willowej. Panoszy się znaczy. Ochyda!

piątek, 17 sierpnia 2012

Sukcesy niewielkie, ale zawsze. Robótki leżą odłogiem, bo chodzę po górach i biegam po górach. Dziś udało mi się po raz pierwszy zrobić taki podbieg, którego nigdy nie mogłam zrobić. I zdziwiłam się, ale wynik na tej samej trasie minutę gorszy od ostatniego. Ale fakt, że w ostatnich dniach przeszłam spore ilości kilometrów po górach i nogi mnie trochę bolały. A pojutrze wracam do domu :(


środa, 15 sierpnia 2012

Się nie nudzę!

Bardzo się cieszę, że ktoś do mnie zagląda, o czym świadczą pojawiające się komentarze (za wszystkie dziękuję!) oraz statystyka bloga.

Odpowiem na pytanie Pimposhki o aplikację, z którą biegłam. Jest to www.endomondo.com . Znajdziecie tam wszystkie informacje, co i jak działa. Trzeba się zarejestrować i jak się posiada odpowiedni telefon, to można zainstalować aplikację, która później łączy nas w jakiś cudowny sposób z internetem i wszystko o naszej aktywności wie. Naprawdę super sprawa. Także dla tych, co jeżdżą na rowerze, chodzą z kijkami itd. Pokazuje ilość spalonych kalorii oraz m.in. informację ile spaliło się hamburgerów :) Ja w czasie tych 7 km spaliłam hamburgerów 0! Dobrze, że ich nie jem :)
Jeśli chodzi o bieganie, to ja teraz biegam mniej niż wcześniej. A zaczęłam biegać trzy lata temu. Na początku to był absolutny dramat. Po 150 metrach miałam dość. Później stopniowo, stopniowo, najpierw 1 km był sukcesem, a potem było ich więcej. Teraz moim standardowym treningiem popołudniowym, acz nie codziennym jest 5 km. Tutaj w Szklarskiej moja trasa to właśnie te 7 km i jest to moja ulubiona. Nie ma się co zniechęcać trudnymi początkami, jestem tego dobrym przykładem, a naprawdę biegać warto. Co istotne jest to forma ruchu nie wymagająca specjalnie wiele, poza dobrymi butami. Można biegać wszędzie i właściwie zawsze.

Plecusa.blog.de poprosiła mnie, żebym uruchomiła możliwość dodawania komentarzy przez adres URL. Jeszcze nie wiem, co to znaczy, bo kompletnie nie znam się na bloggerze, ale obiecuję się zapoznać i dodać taką możliwość jak już będę wiedziała jak.

Szal przyrasta powoli, bo mam cały czas coś do robienia na tym półurlopie.

A wczoraj byliśmy na fantastycznej wycieczce w górach, bo niby gdzie mielibyśmy iść. Przez schronisko pod Łabskim Szczytem:


drogą na  Jagniątków


Widok na schronisko (dach :), a w dole Szklarska Poręba.


Z drogi widok na Szrenicę (jak się odwróciłam, bo idzie się "od Szrenicy").


Po drodze takie poniszczone wiatrem drzewa:



Droga za nami, Szrenica coraz dalej.


A droga przed nami piękna, kamienista, trzeba uważać.


Zbliżamy się do Śnieżnych Kotłów. Zwracam uwagę na śnieg - jest połowa sierpnia!




Teraz jest odcinek mocno kamienisty i nie robiłam zdjęć, bo patrzyłam raczej pod nogi.
W końcu oczom ukazują się jeziorka:


Schodzimy niżej i jesteśmy w innym świecie.


I nawet ja się załapałam na zdjęcie :)


A później już zdjęć nie robiłam, bo trzeba się było spieszyć. Wróciliśmy wykończeni, ale szczęśliwi, bo widoki niezapomniane. Dlatego się dzielę :)

Dziś było regenerowanie niezbyt nadwątlonych sił, ale jakoś się trzeba tłumaczyć. Robiłyśmy pierogi z jagodami - 144 szt. Proszę bardzo, dowód (na zdjęciu nie ma wszystkich, bo się nie zmieściły):


Oraz pizzę. Dowód również pokażę, a co mi tam:


No i teraz wychodzę na żarłoka (co nie do końca jest nieprawdą). Ale Bóg mi świadkiem, że na co dzień tak nie jem, a tu pożywiło się 8 osób i jeszcze dla dwóch pierogi pojechały do Warszawy.

No więc kiedy mam robić na drutach? Przecież nie przy stole i nie na górskim szlaku!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Etykiety

alize flower alpaca alpaka Alta moda Alpaca Lana Grossa komin otulacz audiobook Ayatori bamboo fine bambus Batik bawełna bawełna anilux bawełna turkusowy beret Boo Knits Bransoletka Caprice bransoletki z koralików bransoletki z koralików Toho cascade yarns champagne chiagoo Chorwacja chusta na drutach chusta na szydełku Cleopatra Wrap color affection czapka czapka na drutach Czesław Miłosz delicious delight dodatki na drutach dodatki na szydełku donegal Dream team dreiklang drops Drutozlot druty e-dziewiarka Ella entrelac extra klasse fair island Feng Shui filigran Zitron Filisilk frędzle ginkgo granny square greina Hania Maciejewska himalaya kasmir islandzkie swetry lopi jedwab bourette jedwab traumseide jedwabny sweter Justyna Lorkowska Karkonosze kaszmir kelebek bawełna motylek Kid Silk kiddy's mohair ISPE kitchener Knit Pro kocyk dla dziecka kolczyki kolczyki rivoli Swarovski kolory Koniec świata kot książki lace Lace Lux Lana Grossa Lanesplitter skirt Lang Yarns len letni sweter na drutach loden Malabrigo Manos merino Merino 400 Lace Color merino sweter szary męski sweter mille colori baby mille colori big missoni mohair mural Muzyka narzęzia nauka Normandia Noro organico Out of Darkness Pan tu nie stał panda Pat Metheny patina Pięćdziesiąt twarzy Greya Piosenka o końcu świata podróże powidła Praga próbka przelicznik jednostek przepisy przędzenie rękawy Rios Riva rivoli rzędy skrócone seidenstrasse shadow wraps skarpetki na drutach Sock soft bamboo Solare Mondial spotkania dziewiarek spódnica na drutach storczyki street chic surf Swarovski sweet dreams sweter na drutach sweter na drutach z mohairu Szal Citron szal estoński szal na drutach Szklarska Poręba Szklarska Poręba Karkonosze sznurek bawełniany sznury szydełkowo-koralikowe szydełko szydełko tunezyjskie Światowy Dzień Dziergania w Miejscach Publicznych techniki Toho triologie tutorial Twins Campolmi Vaa wakacje wełna Wenecja Wilno włóczka na szal wnętrza Wrocław wykończenia zagroda zamówienie zitron